Patrzymy na to samo przecież. Przynajmniej
tak powinno być – tyle że nie jest (chyba, prawie na pewno, raczej nie,
zdecydowanie tak). Próbuję zmienić własną perspektywę i przechylam głowę: w
lewo, z powrotem do pionu, na prawo. Mrużę oczy i oblizuję wargi i staram się
strasznie mocno nie patrzeć ci w oczy. Czasoprzestrzeń się załamuje i nagle
wiem, że jest dwunasta, że jest samo południe a ostrogi cicho brzęczą przy
naszych butach. Rondo kapelusza, którego przecież jeszcze chwilę temu na sobie
nie miałeś, rzuca cień na twoją twarz. Ślina w moich ustach staje się gorzka,
jakbym przed chwilą rozgryzła źdźbło trawy. Stoimy naprzeciw siebie, ale się
nie widzimy. To, co jest, to kurz na naszych policzkach i palące słońce na
plecach i ramionach, to żółty odcień nieba i bardzo daleki pomruk burzy. Jest
jeszcze oczywiście to, co kryje się w naszych liniach papilarnych i cieniach
pod naszymi oczami. Wskazówki na wieży ratusza nie poruszyły się już od
przynajmniej dziesięciu minut i nie do końca wiedząc, co robię, odrzucam włosy
do tyłu i prostuję się, by spojrzeć prosto W ciebie. Sama nie wiem, czemu tak
bardzo mnie dziwi, że nadal tu jesteś, że patrzysz prosto na mnie (we mnie,
przeze mnie, do mnie) i lekko się uśmiechasz. Spadają pierwsze krople deszczu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz