czwartek, 1 maja 2014

pojedynek (#1)

Patrzymy na to samo przecież. Przynajmniej tak powinno być – tyle że nie jest (chyba, prawie na pewno, raczej nie, zdecydowanie tak). Próbuję zmienić własną perspektywę i przechylam głowę: w lewo, z powrotem do pionu, na prawo.  Mrużę oczy i oblizuję wargi i staram się strasznie mocno nie patrzeć ci w oczy. Czasoprzestrzeń się załamuje i nagle wiem, że jest dwunasta, że jest samo południe a ostrogi cicho brzęczą przy naszych butach. Rondo kapelusza, którego przecież jeszcze chwilę temu na sobie nie miałeś, rzuca cień na twoją twarz. Ślina w moich ustach staje się gorzka, jakbym przed chwilą rozgryzła źdźbło trawy. Stoimy naprzeciw siebie, ale się nie widzimy. To, co jest, to kurz na naszych policzkach i palące słońce na plecach i ramionach, to żółty odcień nieba i bardzo daleki pomruk burzy. Jest jeszcze oczywiście to, co kryje się w naszych liniach papilarnych i cieniach pod naszymi oczami. Wskazówki na wieży ratusza nie poruszyły się już od przynajmniej dziesięciu minut i nie do końca wiedząc, co robię, odrzucam włosy do tyłu i prostuję się, by spojrzeć prosto W ciebie. Sama nie wiem, czemu tak bardzo mnie dziwi, że nadal tu jesteś, że patrzysz prosto na mnie (we mnie, przeze mnie, do mnie) i lekko się uśmiechasz. Spadają pierwsze krople deszczu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz