- Opowiadałam ci to już wiele razy... – wzruszam
ramionami i zapalam kolejnego papierosa. On jednak patrzy na mnie z nieruchomą
twarzą i przesuwa w moją stronę popielniczkę. Przez chwilę wspólnie milczymy i
pozwalamy naszym oddechom zrównać się ze sobą.
- Nigdy tak naprawdę o tym nie mówisz, zawsze opowiadasz
tylko didaskalia... A potem zmieniasz temat – przesuwa palec po moim policzku i
uśmiecha się słabo.
- Może niektóre historie muszą pozostać nieopowiedziane –
ponownie wzruszam ramionami, bo już nad tym nie panuję. Nie lubię tych
momentów. Nie lubię, gdy on stara się zatrzymać mnie w miejscu, gdy stara się
wydusić ze mnie słowa, których ja nie chcę wymówić, których nie chcę znać –
których nie znam. Nie lubię, gdy na mnie patrzy i ma w oczach tę czułość, to
wszystko, co jest takie miękkie, takie pełne, takie niewinne i takie bezbronne.
Wypycham językiem policzek i patrzę w górę, na sufit. Tuż przy lampie odpadł
duży kawałek tynku - szara, płytka i szorstka plama przyciąga wzrok i w jakiś
sposób jest znacznie bardziej widzialna, znacznie ważniejsza, znacznie bardziej
prawdziwa niż biel, która ją otacza. Myślę do siebie, że wygląda jak rana,
jedno z tych zadrapań, które dostajesz jeśli się przewrócisz na betonie.
Zazwyczaj będzie to na kolanie, albo łokciu – jednym z tych wystających i
ostrych krawędzi, które opisują nasze ciało. Więc jest on z tym miękkim cieniem
w oczach i jest dziura w suficie, która przypomina zadrapane kolano i jestem
ja, która myśli do siebie, że mój umysł jest ostry jak łokcie, więc nic w tym
dziwnego, że się tak obtłukł i popękał. Poza tym myślę też, że przecież nie da
rady właściwie takich ran, takich rys opowiedzieć – bo i jak? Są. I zostaną. A
poza tym – nie ma nic więcej do dodania. Nie ma sensu nawet o plaster prosić,
bo chyba bym musiała sobie całą głowę okleić.