piątek, 17 października 2014

A-To-My

Zaniósł mnie wczoraj do łóżka, gdy zasnęłam na kanapie. Często zanosi mnie do łóżka, czasami zostaje, czasami odchodzi. Wiem, że lubi sprawdzać mój sen. Wiem nawet dokładnie jak to wygląda: uchyla drzwi i wchodzi; bywa, że jest to kilka kroków, zdarza się, iż staje nade mną i dotyka kciukiem i palcem wskazującym mojego policzka; potem wychodzi. 
Strofa przestał spać jakieś dwa tygodnie temu. Tylko czasami zapada w dziwaczne odrętwienie (zazwyczaj kieruje wtedy swój wzrok na ścianę). Patrzę przez ten czas na niego zachłannie, zapamiętuję ułożenie brwi, kąt pod jakim powieka opada na tęczówkę; nerwowy dygot palców. Patrzę do bólu źrenic, póki nie czuję, że oczy mi bledną, póki rzęsy nie stają się zbytnim ciężarem. 
Strofa znika i boję się tego. Strofa jest moim najlepszym przyjacielem i boję się o niego. Zresztą, ostatnio, kurewsko boję się wszystkiego.

Cicho i świetliście. Takich poranków były już miliony i będą miliardy. Męczy mnie ten wieczny zachwyt nad "cicho" i przyciężkawy patos "świetliście". To tylko promienie słońca, pod odpowiednim kątem, wpadają przez żaluzje do naszej kuchni. Oboje jednak milczymy z przyzwyczajenia. Tak nam zostało, że tę chwilę pozwalamy niszczyć przypadkowi: mrówkom na parapecie, wodzie w rurach, telefonowi z przedpokoju; komukolwiek lub czemukolwiek. 
Wszystko się przeciągało, czułam zmęczenie niekończącym się zachwytem wypełniającym mi głowę, pożarem pod powiekami, bezsensownym szczęściem nieruchomego ciała. Zachwyt dookoła mnie, we mnie, w nim; pewnie nawet za oknem. W całym gównianym makrokosmosie. 
Uratował nas Czarny. Otworzył drzwi, tlen ruszył w naszą stronę, ominął nas i uciekł przez okno. Nadal nie padło żadne słowo, ale teraz było to kwestią czasu. Strofa poczuł się nawet na tyle wyzwolony, że pociągnął długi łyk z mojego kubka z herbatą. "Zimna". "Wiem". To wystarczyło. Wrócił pieprzony strach, że za godzinę już go nie będzie; wróciły huczące tęcze opadające na mnie z sufitu i oplatające mnie mglistym przeczuciem utraty zmysłów. Powrót do stanu naturalnego. 
Czarny bezmyślnie odklejał łyżeczkę od blatu stołu, ja starałam się hałasować swoim oddechem - posapywanie z pogwizdem, szmery w górze płuc; ostatecznie nawet kaszel. "Wychodzicie stąd czasem?", Czarny dał spokój naszym sztućcom i spojrzał spokojnie w moją stronę, gdy (zdaje się) przeżywałam apogeum hiperwentylacji. "Nie, ostatnio wieje zbyt silny wiatr". On wiedział, ale nie chciał pamiętać. Głupio wzruszył ramionami. Ja też się wzdrygnęłam, niech zapomina. A ja cholernie się boję, że Strofa odleci, że wiatr wywieje z niego wszystkie atomy i już nigdy nie zaniesie mnie na łóżko; że zabraknie go i tęcze mnie uduszą. Albo wyrzucą przez okno. 

Wczoraj wymyśliłam czerwony fotel. Rozkwitałby jak mak na środku pokoju. Strofa siadałby na nim i palił papierosy. Może czasami brałby mnie sobie na kolana i wydmuchiwał ciepłe powietrze prosto w kark. Myślałam o fotelu bardzo dużo, bardzo mocno, opowiadałam o nim przez sen. I dzisiaj widziałam jak Strofa delikatnie omija miejsce przeznaczone na całą czerwoność tego świata, krew rozlaną na środku dywanu. 
Leżę na podłodze i oglądam pęknięcia sufitu, fiolety i pomarańcze przeciekają przez blade rysy w tynku i skapują na moje powieki. Obce głosy cicho szemrzą w mojej podświadomości, właściwie mogłyby być ledwo zauważalne. To tylko choroba jest wewnątrz. Czarny siada gdzieś przy moich krzyżujących się stopach. "Śniły mi się dzisiaj baranki… Przeraźliwie beczały…", urywa niezdecydowany na dalszy ciąg. Jak zwykle zmyśla. Będzie urywał w ten sposób jeszcze wiele razy, do mnie należy nawigacja opowieścią. Ale to Strofa przemawia. Stoi na progu i chowa się przed nami za czarnymi okularami. "Były przerażone pożarem księżyca na niebie. Z tego pierdolonego pączka skapywały wrzące krople topiącego się tłuszczu. Wełna owieczek stanęła w ogniu. Beczały coraz ciszej: to przestało być straszne, stało się losem powszechnym…". "Nie zabijaj ich", przerwałam mu, unosząc lekko głowę mimo różów dławiących moje gardło, "Nie pozwól im zniknąć". Przez skórę na jego czole mogłam zobaczyć wszystkie myśli, wszystko to, czego nie chciał mi dotąd powiedzieć. Czarny udawał, że niczego nie słyszy i głupio zapalał skręta. Była więc cisza i milczenie, milczenie i cisza; milczenie w ciszy, cisza w milczeniu. Tęcze z głosami oplotły moje płuca, na chwilę przestałam oddychać. Strofa ukrył się za wyimaginowanym czerwonym fotelem. W ten sposób doczekaliśmy nocy. 

Od rana siedzę przy drzwiach balkonowych i czekam na burzę. Czekam jednak źle, bez wyczucia, niecierpliwie. Profanuję sacrum i wiem o tym zbyt dobrze, zbyt wyraźnie. "Powinnaś się przespać", Strofa dotyka wzrokiem mojego ramienia. Ale to właśnie ostatnia rzecz, którą zrobię. Wolę czekać na burzę. Wolę czekać. Wolę czekać. Wolę czekać. Wolę czekać… "Nie jestem zmęczona", kłamię (choć sama już tego do końca nie wiem). On nie odpowiada. Z szyby, jak najgorszy ze złodziei, kradnę wzrokiem twarz Strofa. 
"Dzisiaj ja coś ci opowiem", opieram zimną butelkę o czoło. Mrok w pokoju odmienia mu wyraz oczu: "Nie chcę". Zaciskam dłonie, skupiam uwagę na paznokciach dotykających szorstkiej skóry. Nasze brzemienne, opuchnięte cienie tańczą na ścianach; starannie omijają pękatą smugę fotela. Siedzimy w milczeniu i każde osobno snuje w głowie tę samą opowieść. Nie dotykamy się, ale wiem, że nawet kropki po każdym z tych okrutnych zdań stawiamy równo. Strofa wzdycha na koniec, a ja kątem oka widzę uciekające z niego atomy. Czasami mam wrażenie, że więcej jest go teraz w otaczających nas ścianach niż w tym, co nadal za Strofę uchodzi.
„Powinnaś się przespać”, powtarza – jakoś tak głupio i bez wyrazu. Odwracam się i staram się skupić na nim wzrok: cały wygląda jak fatamorgana. Obraz trzęsie się i zanika momentami, jest wyprany z kolorów i ostrych krawędzi. Chyba zaczynam płakać.
Cień mojego przyjaciela podchodzi do mnie i stara się mnie przytulić. Błękit z szalonym chichotem wciska mi się do nozdrzy, gdy moja dłoń przechodzi na wylot przez jego ramię. Siedzę więc dalej: nieruchoma, w niebieskiej chmurze, która pachnie moim najlepszym przyjacielem i chyba ze mnie też coś uciekło i się zgubiło.

Jest cicho i świetliście. 

wtorek, 22 lipca 2014

możemy

możemy usiąść gdzieś nad rzeką
(zawsze jest jakaś rzeka)
i palić papierosy
i może coś mówić
może nie
może czasem lepiej milczeć
i możemy usiąść na tyle blisko
że nasze ramiona i kolana
się dotkną
albo może jednak zostawić
jakąś przestrzeń
na oddech
na bycie rozsądnym
możemy pomyśleć
o rzeczach niepomyślanych
nieprzemyślanych
niezalecanych
możemy za kilka papierosów
pójść do domu
i nic nikomu
nigdzie
i niepotrzebnie

możemy
i możemy
nie.

wtorek, 15 lipca 2014

Szwecja

jest trochę tak jakbym
wróciła ze Szwecji
nie żeby cokolwiek istotnego
tam się wydarzyło
nic wartego kropki
podkreślenia
czy wykrzyknika
a jednak
gdybym była w Szwecji
przez te ostatnie kilka dni
gdybym wytarła tam moje brudne ręce
o szwedzką wyblakłą trawę
gdybym przytuliła palce
do ścian budynków
gdybym napełniła płuca
białym rozrzedzonym powietrzem
to teraz
właśnie tak by było
- jakbym stamtąd wróciła

pusta
cienka
i cicha

czwartek, 3 lipca 2014

anemia

nasza miłość
taka chuda
taka słaba
wystawiamy twarze
do słońca
i okładamy słowa
lodem
już nawet
nie paracetamol
ale morfina
głaszczecz moje czoło
choć oboje wiemy
że to umiera
tak chude
tak słabe
tak blade

niedziela, 25 maja 2014

Pióra

Zapalam papierosa i patrzę mu prosto w oczy. Zza zasłony rzęs, ponad przepełnioną popielniczką i pustymi butelkami po piwie, na krótki moment widzimy siebie naprawdę. Na krótki moment jesteśmy ze sobą kompletnie szczerzy, bezbronni; jesteśmy jak z porcelany: bladzi i strasznie krusi. Gdyby któreś z nas teraz się odezwało, prawdopodobnie byśmy tego nie przeżyli. Więc siedzimy i w milczeniu opowiadamy sobie to, czego żadne z nas nie umie powiedzieć normalnie. Dymem przesłaniam nagość własnego uśmiechu. Nagle jego dłonie podrywają się z blatu jak spłoszony ptak i chwila mija. Hałas z powrotem wlewa się w przestrzeń między nami i już tylko kątem oka obserwuję jak rozmawia z kimś z czerwonymi włosami. Zapalam kolejnego papierosa i toruję sobie drogę do kuchni. Opieram się o ścianę przy lodówce i czuję pod plecami nierówną powierzchnię skrzydeł, które dziś noszę na plecach. Zamykam oczy i zanurzam się w otaczającym mnie hałasie. Dźwięki oblewają mnie ze wszystkich stron, łaskoczą opuszki palców i splatają z moimi włosami. Pojedyncze pióra odklejają się od moich skrzydeł i łagodnie opadają do moich stóp – tak przynajmniej sobie to wyobrażam, bo przecież nadal zaciskam powieki – i przecież jest tylko hałas, dudnienie, odległy grzmot i czyjś śmiech. Ktoś dotyka mojego ramienia, tego lewego, tego, którego przedłużeniem jest pięć palców zaciśniętych na szyjce butelki. Otwieram oczy. To L. L. tak naprawdę tam nie ma, tyle wiem. A jednak stoi i patrzy na mnie z góry. Wykrzywia usta w czymś podobnym do uśmiechu i odpala dla mnie kolejnego papierosa.
- Strasznie jesteś wygnieciona – mówi i wyjmuje z moich włosów kilka spinek. Ciemna fala opada mi na twarz i zasłania jedno z oczu. On przesuwa palec po moim policzku i przez chwilę strasznie chce mi się płakać. To nic, niech płacze tylko pół twarzy, ta połowa, której nikt nie widzi, ta połowa, o której przecież tylko on wie.
„Tęsknię”, myślę i przesuwam się trochę w lewo, tak, że nasze ramiona prawie się stykają.
- Wiem – mówi L. i jego głos jest wyraźniejszy niż jakikolwiek inny dźwięk, który mnie teraz otacza. Stoimy i w milczeniu patrzymy na ludzi siedzących przy kuchennym stole. Jest ktoś niemal całkowicie umazany zieloną farbą i owca. Jest też diabeł i pirat. Owca trzyma się za ręce z piratem, a jednak ma na plecach mnóstwo zielonych odcisków dłoni. Po jakimś czasie L. wzrusza ramionami i na migi pokazuje mi, żeby iść za nim. Wracam do punktu wyjścia. Jest stół z przepełnionymi popielniczkami i z pustymi butelkami. Siadamy na kanapie, po drodze gubię jeszcze więcej piór i spinek do włosów. Przez chwilę nie wiem, czy L. jest tu nadal ze mną, ale boję się sprawdzić. Siedzę nieruchomo i nie płaczę. Wtedy nagle podchodzi on i siada po mojej drugiej stronie. Podaje mi papierosa i podnosi z ziemi jedno z piór:
- To chyba twoje – oboje wpatrujemy się przez krótki moment w dłoń zawieszoną w powietrzu. On znowu przerywa milczenie – Czym ty właściwie jesteś?
- Martwym ptakiem – odpowiadam bezmyślnie i nagle słyszę uśmiech L. Znów mogę się ruszać. Potrząsam głową i włosy ciężko zsuwają mi się na szyję – A ty?
- Widzialnym Niewidzialnym Człowiekiem.
L. obejmuje mnie ramieniem i tak jakby miało to jakiekolwiek znaczenie, tak jakby ktokolwiek inny oprócz mnie mógł go usłyszeć, szepce mi do ucha:
- Pięknie, więc siedzisz właśnie między niewidzialnym Widzialnym Człowiekiem i widzialnym Niewidzialnym Człowiekiem. Jest w tym chyba coś poetyckiego…
Kiwam głową, tak że tylko L. może to zobaczyć. Nim udaje mi się cokolwiek powiedzieć, znów przysiada się do nas czerwonowłosa. Odchylam więc głowę do tyłu i słucham nieistniejącego bicia serca L. Przez chwilę tylko to się liczy, to bliskie mego ucha dudnienie. Papieros się kończy, więc sięgam po tego, który jest za moim uchem. Z obu stron zostaje podany mi ogień. Obaj też mówią cicho, w trakcie odpalania własnego papierosa, niemal jednym głosem:
- Za dużo palisz.
- Wiem – odpowiadam obojgu i wypuszczam dym nosem.

Stoimy przed drzwiami, które prowadzą na dach. L. trzyma mnie lekko za rękę i nic nie mówi. Jest półprzeźroczysty. On za to stoi dokładnie krok ode mnie i zdaje się, że oboje wkładamy bardzo dużo wysiłku w to, żeby się nie dotknąć. Naciskam klamkę i wychodzimy na zewnątrz. Dookoła rozciąga się przed nami miasto. Migocze i pulsuje w oddali, niczym odbicie nocnego nieba. Idę w stronę krawędzi, ale L. mocniej zaciska palce na mojej dłoni, więc zatrzymuję się dokładnie tam, kilka kroków od gzymsu. Obaj teraz stoją nieco z tyłu, po lewej. Gdy przechylam głowę ich obraz niemal się nakłada. Wszystkie podobieństwa palą moje oczy, wszystkie różnice sprawiają, że mogę oddychać.
- Co teraz? – mówię w przestrzeń pomiędzy mną a nimi. Stoimy w ciszy i każde z nas milczy: trochę podobnie, a trochę inaczej. Wiatr szarpie moimi skrzydłami i nad moją głową powstaje trąba powietrzna pełna ciemnych, pogniecionych piór. Przez chwilę zastanawiam się nad możliwością, że może jednak to mnie nie ma, tylko jakoś o tym zapomniałam i umknęło mi. Ale nie, chyba nie, bo obaj na mnie patrzą swoimi ciemnymi oczami, z sinobrudnymi cieniami pod nimi, z włosami w nieładzie i z niebieskimi paznokciami na zmarzniętych palcach. On wyciąga do mnie dłoń i tak strasznie podobnie do tego, jak w zwyczaju miał to L., głaszcze mnie po policzku. Przygryzam wargę i chciałabym tak wiele powiedzieć, chciałabym potrafić mówić jednocześnie kilka opowieści naraz, chciałabym wydobyć z siebie dźwięki i uformować z nich słowa, a potem zdania. Ale nie potrafię i tylko czuję jak napina się skóra mojej twarzy i tak strasznie dużo kosztuje mnie, żeby nie zrobić kroku w tył. Gdy moje usta w końcu się poruszają, potrafią się ułożyć tylko do okrutnego i wykalkulowanego zdania:
- Po co to wszystko – nie wrócisz dziś ze mną do domu…
Odwracam się do nich plecami i szybko idę w stronę klatki schodowej. Gdy już wiem, że na pewno mnie nie widzą, zaczynam biec. Na pierwszym piętrze potykam się i z furkotem skrzydeł ląduję na ziemi. Zatem tu zbuduję swoje gniazdo. Ramionami obejmuję kolana i nie mam już nawet siły okłamywać się, że wszystko jest w porządku.

- Co się stało? – L. siada na pierwszym stopniu i patrzy na mnie spod zmarszczonych brwi.
- No właśnie – co się stało? – powtarzam szeptem.
- Dlaczego uciekłaś?
- Bo tylko to potrafię.
Chwila ciszy. On głośno nabiera oddechu (tak jakby rzeczywiście nadal potrzebował to robić):
- Jak bardzo źle jest?
- A jak myślisz? – podnoszę głowę i nie umiem powstrzymać drwiącego uśmiechu – Od paru godzin rozmawiam z tobą. Ciebie tu nie ma, ja to wiem i ty to wiesz – kiwam palcem w jego stronę i chcę nadal być zła i taka pełna gniewu, ale nagle ogrania mnie straszne zmęczenie i już bardzo cicho dodaję – Wiesz, czasem strasznie trudno pamiętać, co naprawdę jest, a czego nie ma. A jeszcze trudniej i straszniej właśnie to wszystko wiedzieć…
- Wiem, kochanie – wyciąga w moją stronę dłoń, ale ten gest zamiera gdzieś w połowie drogi, między mną a nim. Po chwili opuszcza rękę z rezygnacją i już tylko głośno myśli: „Wiem”.
Na schodach słychać kroki, nierówne, pewnie trochę pijane. Odwracam głowę i widzę czerwonowłosą. Ona zatrzymuje się przy mnie i przez chwilę milczy. Ma ze sobą butelkę wina musującego. Bez słowa wyciągam po nie rękę. Podaje mi je i wtedy mówię:
- Na dachu.
To wszystko. Ona rozpoczyna chwiejną, ale upartą wspinaczkę pod górę. Ja odwijam sreberko i strzelam korkiem w sufit. Biorę długi łyk, pozwalam, żeby bąbelki łaskotały moje podniebienie i gardło. Z daleka dochodzą do nas odgłosy przytłumionej muzyki i krzyki ludzi. Pewnie śpiewają. Odwracam się w stronę L. Nadal tam jest. Patrzy mi prosto w twarz. Nie odwraca wzroku. Zatem i ja go nie odwracam.
- Czas wracać – mówi ze zmarszczonymi brwiami.
„Wiem”, myślę. Zapalam papierosa i gdy wstaję, dookoła mnie spada deszcz piór. Zaczynam wchodzić na górę, opuszkami lewej dłoni zlizuję chłód ścian i odczytuję zapomniane historie, które ktoś na nich wypisał Braillem. Drzwi do mieszkania stoją otworem. Przeciskam się między ludźmi i na chwilę zatrzymuję w progu łazienki. On siedzi na brzegu wanny, z nieco znużoną miną. Prawą dłoń ma wplątaną w czerwone włosy. Wszystko jest nieruchome, poza plecami dziewczyny, którymi nadal wstrząsają torsje. Nasz wzrok się spotyka. I chyba to wszystko, co powinnam była powiedzieć już tak dawno temu, zostaje powiedziane. Dla pewności, dodaję na głos:
- Przepraszam.
On kiwa głową i cień uśmiechu przesłania mu twarz:
- Wiem, kochanie.


Na balkonie jestem tylko ja i L. On odgarnia mi włosy z czoła tak delikatnie, że gdybym go teraz nie widziała przed sobą, gdybym nie czuła jego zimnych palców, pomyślałabym, że to tylko wiatr. Przysuwa usta do mojego ucha, jakby chciał coś powiedzieć, jednak milczy. Patrzymy na szarzejący horyzont. Dookoła nas wiruje coraz więcej piór.

Low story

0.
Mówię ci, nie dotykaj. Nie głaszcz. Nie całuj. Nie patrz, tak po prostu i bez żenady, prosto w oczy. Odwróć ten wzrok. Najlepiej odwróć się cały i idź sobie. Nie odzywaj się, bo te słowa będą i tak tylko zasłaniać milczenie. Nie, nie siadaj. Nie próbuj złapać mojej dłoni. Nie kaszl. Nie wzdychaj. Nie ruszaj się; nie wierć się. Idź sobie. Proszę idź sobie…
W kuchni zaczyna gwizdać czajnik, a ja nadal tylko stoję i wbijam wzrok w podłogę. Słyszę jak on wstaje i idzie przygotować herbatę. Jakaś część mnie chce wykorzystać tę chwilę i uciec, może wyjść z mieszkania, schować się pod stołem. Ale nie, dalej stoję nieruchoma, kamienna, z pochyloną głową i niekończącym się monologiem wewnętrznym. Nic z tego nie wycieka na zewnątrz. Nie może. Wstrzymuję nawet oddech i staram się zatrzymać cały ten tlen w sobie, przeżuć go ponownie – wykorzystać tak, żeby nic z niego nie zostało; żeby to wszystko, co jest we mnie, pozostało tam: w ukryciu, w mroku, w ciszy.
On wraca, z dwoma kubkami, siada daleko ode mnie i też milczy. W ciszy sięga po papierosa. Kątem oka widzę jak szuka zapalniczki. Mam przynajmniej dwie w kieszeni i chciałabym móc mu je zaoferować, ale nadal nie mogę się ruszyć, nie potrafię wypowiedzieć zdania, nie umiem wykonać milczącego gestu.  On w końcu rezygnuje i tylko siedzi, z papierosem między palcami i patrzy w brudne okno. Zmierzcha.
Światło blaknie i blednie w pokoju, rozmywa się w szarościach i fioletach, nadaje miękkości meblom i naszym twarzom. I w tej miękkości, w tej szarości i w tym rozmyciu przechodzi przeze mnie impuls elektryczny: szeroko otwieram oczy i rozchylam usta, moje nogi same zaczynają się poruszać. Jakby z boku obserwuję siebie samą jak podchodzę do łysej lampy w rogu pokoju i zapalam światło. W pomarańczowym, chemicznym blasku odwracam się i tym razem podchodzę do niego i podaję mu zapalniczkę. Sięgam po kubek z zimną herbatą i siadam przy stole. Niemal automatycznie podnoszę papierosa i wkładam go do ust.
- Przepraszam – mówię. On wzrusza ramionami i uśmiecha się słabo. Milczeniem przepraszam za własne milczenie, bezruchem za wcześniejszy bezruch. Dym wypływa mi przez nos i trochę łzawią mi oczy. Odchylam głowę do tyłu i ukrywam swoją twarz w cieniu.
- Po prostu czasem tak jest… - zaczynam, ale on macha dłonią (tą z papierosem – dym układa się w nierówne horyzontalne linie) i mi przerywa.
- Wiem. Czasem tak jest. Nie tłumacz. Wszystko jest w porządku – wstaje i wyciąga do mnie dłoń. Przez chwilę patrzę na jego długie palce poplamione farbami, na poobgryzane paznokcie. Wstaję i pozwalam mu się przytulić. On udaje, że nie widzi moich łez, ja w końcu znajduję miejsce, gdzie mogę bezpiecznie ukryć twarz. Słabe światło latarni ulicznych wpada przez okno do środka i przytula się do naszych grzechów.

-1.
Promienie słoneczne są ostre i jasne jak szkło. Rozsypują się dookoła nas i z cichym grzechotem uderzają w chodnik. Stoimy na ulicy i mierzymy się wzrokiem. On właśnie skończył swoją tyradę, więc unoszę dłoń i zakrywam nią usta. Szeroko otwieram oczy i lekko zezuję. Głośno wzdycham, oddycham i wydycham – hiperwentylacja w swoim apogeum. Ludzie patrzą na nas i bardzo po cichu starają się wyminąć, zejść z drogi, pozostać niezauważonymi. Ich twarze są poważne i nieruchome i tylko nerwowo tańczące oczy zdradzają, że obserwują, że wchłaniają, że oceniają. Nie potrafię dłużej być poważna i wybucham śmiechem. On obejmuje mnie ramieniem i nie patrząc za siebie zaczynamy iść w stronę centrum. Jakiś mężczyzna puka się w czoło, gdy go mijamy. Puszczam do niego oko, chociaż wiem, że niczego to nie tłumaczy. To nic. Nikomu nie musimy nic tłumaczyć. Gra dla dwojga. Sport ekstremalny. Kłótnie na-niby.
Znajdujemy ławkę w parku. On sadza mnie sobie na kolanach i przez chwilę obserwujemy jak para naszych oddechów łączy się ze sobą, by powoli zacząć wznosić się do nieba. Wszystko wygląda dzisiaj tak świeżo: nad miastem rozlewa się wyprany błękit, spaliny wypluwane przez samochody mają ostre i jasne kontury i nawet powgniatane śmietniki wydają się czyste i sterylne. Nasze splecione palce wydają się bardziej blade, a na nadgarstkach elegancko i wyraźnie prześwitują nasze żyły. Cały świat odkażony, niczym zalany wybielaczem, z powietrzem, które smakuje zimą i mrozem. Cały świat - cichy, poważny i niemal bezwonny.
Rozchylam usta i pozwalam temu powietrzu wlać mi się do buzi, przylepić do moich zębów, napełnić płuca. On jak zwykle marszczy brwi i zaczyna nucić jakąś bliżej nieokreśloną melodię. Kciukiem obrysowuje moje usta i smutno się uśmiecha.
- Cokolwiek teraz powiem – zniszczy tę chwilę – z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyciąga paczkę papierosów i podaje mi jednego – Nawet moje mówienie teraz, że mówienie będzie zaczątkiem destrukcji, jest destrukcją samą w sobie…
- Czemu?... – zaczynam, ale on ucisza mnie pocałunkiem w usta.
- Bo przecież wiesz, co pomyślałem, co chciałem powiedzieć. Dlatego nawet gdybym dalej milczał, przecież i tak byś wiedziała. I to by chyba było jeszcze gorsze, niż gdybym się odezwał. Bo wtedy znowu by było tylko to milczenie, a ty byś tylko posmutniała, a ja pewnie bym tylko się głupio uśmiechał i może trochę za mocno ściskał twoją dłoń… A tak, w ten sposób, mówię, więc nie ma ciszy, a jednocześnie nie mówię tego, co i tak oboje wiemy, więc jest trochę lepiej. I ty nadal siedzisz tu ze mną i nie uciekasz. Więc mówimy o niemówieniu, mówimy didaskalia, mówimy to, co jest komentarzem do tego wszystkiego, co moglibyśmy powiedzieć. Jesteśmy na bocznym torze. Na chwilę jesteśmy bezpieczni – palcem wskazującym dotyka czubka mojego nosa i podnosi wzrok, zagląda mi w oczy. W tęczówkach jego oczu pływa złoto promieni słonecznych i moje odbicie. W milczeniu głęboko zaciąga się papierosem i puszcza kilka kółek z dymu – I jeśli rzeczywiście teraz istnieje tylko didaskalia, didaskalia, które może nie jest prawdziwym życiem, prawdziwym byciem-w a tylko byciem-obok – to może takie bycie-obok może sprawić, że przeciągniemy tę chwilę szczęścia i perfekcji, tę chwilę, kiedy ty nie jesteś smutna i kiedy ja mogę po prostu patrzeć na ciebie i dotykać twojej twarzy albo ściskać twoje palce – to w tych didaskaliach mogę po prostu obserwować fakty, mogę stwierdzać oczywistości, mogę na głos opowiadać to, co widzę… Na przykład to, że jesteś piękna.
Całuję jego oczy za to, że tak pięknie kłamią. Potem całuję jego usta, za to wszystko, czego nie powiedziały. Życie przetacza się nad nami wielką falą – jednak nas nie porywa. Stoimy z boku i opisujemy sobie nawzajem to, co dzieje się dookoła. Potem idziemy na kawę.

-2.
Budzę się, kiedy jest jeszcze ciemno. Przez chwilę leżę nieruchomo i słucham jego równego, spokojnego oddechu. Zastanawiam się przez kilka minut, co mu się śni. Być może w tym śnie jest eugleną i żywi się światłem promieni słonecznych. Albo, być może, jest aksolotlem – jak w opowiadaniu Cortazara. I z bezpiecznej odległości, zza szyby akwarium, obserwuje świat. I jest tym patrzeniem i niczym więcej. Patrzenie jako istota, warunek i rezultat bycia. Tak też może być.
Rozplatam nasze dłonie i powoli wstaję. W drodze do łazienki zaglądam do kuchni, gdzie suszą się jego ostatnie obrazy. Ze wszystkich płócien patrzy na mnie smutno moja własna twarz. Macham do nich wszystkich z progu, ale nie wchodzę do środka. Na razie nie chcę nikogo widzieć, z nikim rozmawiać. Pieką mnie oczy i trzęsą mi się ręce. W łazience zamykam drzwi na klucz i odkręcam kran w wannie. Muszę podkurczyć nogi, żeby położyć się na jej dnie. Woda podnosi się niespiesznie i zaczyna powoli połykać moje ciało. Ciepło oblewa mój brzuch i przemywa zadrapania na moich ramionach. Spokojnie przepływa między moimi włosami i wlewa się do uszu. Nabieram powietrza do płuc, palcami zatykam nos i zanurzam się pod wodę. Z tej perspektywy wszystko wydaje się trochę bardziej trójwymiarowe i ma bogatszą teksturę. Wypuszczam całe powietrze w jednym, krótkim, oszczędnym krzyku. Mój głos przeobraża się w okrągłą, średniego rozmiaru bańkę, która szybko odnajduje swoją drogę ku powierzchni. Moje policzki są pod wodą, więc mogę udawać, że nie płaczę. W bezruchu i na bezdechu, na dnie tej starej wanny, tak jak co dzień, pozwalam mojemu wnętrzu wyciec na zewnątrz. Kiedy mgła zaczyna zasnuwać mój wzrok, siadam gwałtownie, rozlewając wodę dookoła i niemal w panice robię wdech. Dobrze wiem, że mam czerwone oczy i prawdopodobnie brzydko wykrzywiam usta. To nic. Wyciągam korek z wanny i czekam aż cała woda zniknie w odpływie. Potem jeszcze długo w niej siedzę i trochę się trzęsę z zimna, ale nie mam siły wstać. Obserwuję jak moje paznokcie nabierają sinej barwy, takiej jak grudniowe niebo.

-3.
Łóżko wygląda trochę jak gniazdo, ze swoimi wszystkimi kocami, poduszkami i wygniecioną kołdrą. Przesuwam się na jego środek i rozrzucam ramiona. Przez chwilę udaję, że jestem ptakiem. On pochyla się nade mną i całuje w czoło. Znowu ma na sobie ten smutny uśmiech i zamyślony wzrok. Przez chwilę myślę, że coś powie, ale on opada z powrotem na poduszki i wraca do czytania swojej książki. Przekręcam się na bok i podglądam go zza pomarszczonego prześcieradła. Ciepły szary półcień sprawia, że wygląda jak święty z ikon. Zmęczony, zmartwiony i zużyty. Szelest przewracanych kartek papieru przywodzi mi na myśl szept odmawianego różańca. Patrzę na niego, a w głowie układam zdanie. Nim jednak mam je w pełni przygotowane, on zamyka z trzaskiem książkę i przysuwa się do mnie. Nasze twarze są zawieszone zaledwie kilka centymetrów od siebie. Zagląda mi prosto w oczy i przez chwilę żadne z nas nie mruga.
- Nie – mówi i odgarnia włosy z mojego czoła. Chcę zaprotestować, chyba coś powiedzieć, ale zamiast tego podnoszę się na łokciach i go całuję. On gryzie moją dolną wargę a jego palce delikatnie głaszczą tył mojej szyi. I przez jakiś czas nic nie mówimy i tylko zagrzebujemy się coraz głębiej i głębiej w te wszystkie koce i poduszki, w prześcieradła i kołdrę.
Jest prawie druga nad ranem, gdy, niczym sowy, opuszczamy nasze gniazdo. Nastawiam wodę na herbatę, on odpala dla nas dwa papierosy. Siadam w kucki na krześle przy kuchennym stole, bo nadal jest we mnie więcej z ptaka niż z człowieka. On przekłada kilka z obrazów i siada naprzeciwko mnie. Przez chwilę palimy w milczeniu. Po chwili on kręci przecząco głową i znów mówi:
- Nie.
Ze stołu podnosi blok i zaczyna coś niedbale szkicować.
- Nie – powtarza i kiedy myślę, że już nic więcej nie powie, odkłada blok i dodaje – Nie, nie byłbym szczęśliwszy.
- Nie wiesz tego – mówię tak cicho, że ledwie siebie samą słyszę – Może znalazłbyś coś trochę innego, może istniałaby różnica gatunkowa, ale takich rzeczy jak szczęście nie można porównywać… No bo jak?
- Ale można szczęście stopniować, prawda? Być szczęśliwym, szczęśliwszym i najbardziej szczęśliwym – znowu podnosi ołówek i wraca do swojego rysunku. Ja odpalam kolejnego papierosa i odwracam wzrok do ciemnego okna, w którym poruszają się nasze ciemne rozmazane odbicia.
- Czasami próbuję wyobrazić sobie jakby było gdyby… - tu zawiesza głos i wykonuje nieokreślony gest w moją stronę - … Ale zawsze wtedy muszę sobie zadać pytanie, czy byłabyś po prostu inną wersją samej siebie, czy może jednak byłabyś kimś zupełnie innym?... I może ja też byłbym inny?... – Wzruszam ramionami i pukam się w czoło. On odkłada ołówek i bierze do ręki węgiel - Oczywiście są momenty, kiedy wydaje mi się, że byłoby wspaniale, że tyle rzeczy stałoby się lepszymi, że jakiś ciężar, to odium smutku i lęku, zostałby podniesiony z naszego życia. Jednak, co jeśli ten aspekt jest tym, co nie jest tylko dodatkiem, a jednym z warunków istnienia mnie, ciebie, nas? Wiem, wiem, brzmi trochę strasznie. Ale przecież nie twierdzę, że to coś, co nas definiuje. Może jednak być składową, prawda? A może po prostu jesteśmy najlepszym możliwym rozwiązaniem dla siebie nawzajem?
- Ja dla ciebie czy ty dla mnie?
- I ja dla ciebie i ty dla mnie, kochanie. Pozwól, że zadam ci pytanie – czy jesteś ze mną szczęśliwa? Albo nawet – czy byłabyś szczęśliwsza beze mnie?
- Jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której byłabym szczęśliwsza – zaczynam powoli. On uśmiecha się smutno, ale pozwala mi mówić dalej – Byłabym szczęśliwsza wiedząc, że ty jesteś szczęśliwszy…
- Kocie, to się nazywa miłość! – On prostuje się na krześle i podaje mi blok - Quod erat demonstrandum.
Spuszczam wzrok na jego rysunek. Z kartki patrzy na mnie moja własna twarz. Nie umiem zdecydować, czy to ona płacze, czy może jednak to ja.

-4.
Kolejny ciemny poranek. Siadam na łóżku zupełnie przytomna, mój wzrok stopniowo przyzwyczaja się do panującego półmroku. Wstaję i staram się bardzo cicho wyjść z pokoju, o nic się nie potknąć, nie narobić hałasu, nie obudzić go. W łazience natychmiast odkręcam wodę, po czym staję przed lustrem. W trakcie, gdy wypełnia się wanna, ja długo patrzę sobie sama w oczy.  Brzydko się krzywię i szeptem obrzucam najgorszymi wyzwiskami. Skóra na ramionach zaczyna mnie palić i zaczynam się drapać. Przez chwilę są tylko twarde krawędzie moich paznokci i warstwa martwej tkanki pod nimi.
 Zakręcam wodę i wchodzę do wanny. Moja skóra nabiera barwy szkarłatu, gdy woda parzy moje stopy, moje uda, mój brzuch i moje ramiona. Syczę z bólu i muszę zagryźć wargi, żeby nie krzyknąć. Dolewam trochę zimnej wody, temperatura spada. Nabieram powietrza do płuc, zatykam nos i kładę się na dnie. Luźne pasma włosów unoszą się dookoła mnie jak ciemny dym. Otwieram usta do krzyku i dokładnie w tym samym momencie czuję czyjeś palce zaciskające się na moim ramieniu, ktoś mnie wyciąga na powierzchnie, a mój krzyk, już nie spod wody, ale wolny i nieograniczony żadnymi barierami, odbija się od wykafelkowanych ścian. On mnie mocno obejmuje i przeciera dłonią moją twarz. Chcę go odepchnąć, chce żeby wyszedł, żeby się odwrócił i mnie zostawił w spokoju. Nie mam jednak na to siły, więc tylko zaciskam powieki i zastygam w bezruchu. Woda, która ścieka z moich włosów miesza się z moimi łzami: ścieka mi po szyi i kapie z brody. To nic, tak też może być.
- Nie – on przerywa wszechobecną ciszę – Nie – powtarza i lekko mną potrząsa. Unoszę głowę i patrzę mu prosto w oczy. Jestem taka zła, jestem taka wściekła. Chcę mu to powiedzieć, ale on jest szybszy. Nabiera głęboki wdech i zupełnie niespodziewanie zaczyna krzyczeć. Wydobywa z siebie nieartykułowane dźwięki, które szybko wypełniają całe pomieszczenie, odbijają się od ścian i wprawiają w drżenie membranę wody, w której siedzę. Cały czas nie spuszcza ze mnie wzroku. Trwa to może tylko minutę, potem zapada cisza, która dzwoni nam w uszach. Wstaję a on owija mnie ręcznikiem i zanosi z powrotem do łóżka.
- Nigdy nie miałeś tego widzieć – mówię powoli i jak zwykle za cicho – To należy tylko do mnie.
- Wiem.
- Nie naprawisz mnie – sięgam po papierosa i go zapalam. Trzęsą mi się ręce.
- Wiem – on odlepia mokre włosy z mojej twarzy.
- Nie wiesz. Jakbyś wiedział nigdy byś tam nie wszedł – odsuwam się do tyłu i patrzę na niego wyzywająco. Dym tka między nami siną pajęczynę.
- Wiem. Zawsze też wiedziałem o tych porankach. Twój krzyk jest już stałym elementem mojego dnia – uśmiecha się smutno.
- Jak?... – Zaczynam, ale nie kończę. No tak. Jakoś nigdy nie przyszło mi to do głowy. Część złości zwracam teraz przeciwko samej sobie. Głupia, głupia, głupia…
- Nie rozumiesz. Nie chcę żebyś się zmieniała. Po prostu bądź…
- To jest czasem najtrudniejsze…

- Wiem – mówi po raz kolejny. Obejmuje mnie ramieniem i opadamy na poduszki. On sięga po jedną z książek i otwiera gdzieś po środku. Zaczyna ją czytać na głos. Gdy tak leżymy przez chwilę zastanawiam się czy spytać go jeszcze raz czemu akurat dzisiaj rano wszedł do łazienki? I czemu krzyczał? Ale przecież ja też dobrze wiem. Więc tylko mocniej się do niego przytulam i może zaczynam płakać. On nie przerywa czytania. Przez okno wpadają do pokoju pierwsze promienie słoneczne. Rozsypują się po dywanie i mienią złotem w naszych oczach.

sobota, 17 maja 2014

א

1.
Jestem elektryczna – żywy wąż prądu. Nie dotykaj. Odsuń się. W dymie, który tworzy permanentną, wiecznie zmieniającą się aureolę dookoła mojej głowy widać co jakiś czas iskry – nieregularne wyładowania elektryczne – białe i niebieskie błyski. Odrywam kolejny kawałek chleba i ubijam go w kulkę – na stole ciągle powiększa się ich numer. Następna i następna. I następna. On patrzy na mnie spod ciemnych brwi i nie bardzo wie, co powiedzieć. Moment, gdy oboje przestaliśmy mówić wydłuża się. Rośnie i domaga się coraz większej czasoprzestrzeni. To, co miało być tylko pauzą w naszej rozmowie, trwa już dziesięć minut. Kwadrans. Dwadzieścia minut. Odpalam następnego papierosa, on stawia przede mną kubek ze świeżą kawą. Para unosi się powoli z jej powierzchni i łączy z dymem uciekającym z mojego nosa. Jedyny dźwięk, który zakłóca ciszę, tę ciszę którą dzielimy, to woda w rurach i bardzo odległe szczekanie psa.
Może to i dobrze – że tak milczymy. Bo co mielibyśmy sobie powiedzieć, teraz gdy tak niewiele zostało do powiedzenia?... Chmury rozdzierają się gdzieś nad nami i zaczyna padać deszcz. Nie zmywa brudu z okien, tylko rozmazuje go jeszcze bardziej i tworzy skomplikowane wzory na szybach. Oddycham nieco głośniej i czuję kaszel, który rodzi się gdzieś w moich płucach. Przez kilka chwil staram się go powstrzymać, ale bezskutecznie. I to jest ten moment, gdy kuchenna milcząca równowaga się załamuje. Oboje wiemy, że musimy przerwać i tę ciszę i pozory bezruchu. Jego usta wykrzywiają się okrutnie do uśmiechu i na chwilę zapominam, że przecież właśnie się kłócimy i że przecież teraz, tu, w tym danym odcinku czasu (nazwijmy go T1) wcale się bardzo nie lubimy, że na pewno w tym momencie (T1) ani ja nie jestem tak piękna jak pół godziny temu (T0), ani on nie jest tak wspaniały jakim był trzydzieści minut wcześniej (T0). Więc – on uśmiecha się okrutnie a ja przesuwam w jego stronę paczkę papierosów, bo lubię patrzeć jak pali.
Lubię patrzeć jak pali, lubię patrzeć jak siny dym ucieka mu z nozdrzy i przecieka przez wargi, jak wiruje pod sufitem i gdy jego oczy nieświadomie śledzą ten ruch. Lubię patrzeć na kurczące się papierosy i jego nieobecną twarz. Lubię gdy on nie wie ile przyjemności sprawia mi samą swoją obecnością. Lubię patrzeć jak pali papierosy. I powoli zapominam, że w danym momencie go nie lubię: że w tym wycinku czasu się kłócimy. I na pewno – nie kochamy.
Więc nadal milcząc siedzimy w tej małej i brudnej kuchni, powoli zapominając o tym co nas poróżniło, oddaliło i odsunęło od siebie.
Może jest tak jak tłumaczyłam D. Że może niektórzy ludzie żyją dla szczęścia, które znajdują we wspólnych wyprawach do Ikei i planowaniu sobotnich obiadów. A część, ta niewielka, żyje dla tego szczęścia, które znajduje się w książkach. Dla nocnych wypraw do ogrodzeń lotnisk, by oglądać start samolotów. I dla wycieczek na dachy wieżowców, żeby patrzeć na Perseidy. I – może chociażby – dla tych momentów, krótkich chwil, gdy on pali papierosy, a ja biernie wdycham ten dym. Jesteśmy szczęśliwi jak u Nabokova, Hłaski lub u Borowicza. Ikea nie ma już znaczenia.
Nad ranem położymy się razem na zasłanym łóżku i on odgarnie włosy z mojego czoła, a ja zacisnę mocniej powieki, żeby nie widział tego, co kryje się za moimi oczami. Promienie słoneczne bezskutecznie będą próbować przebić się przez ciężkie, czerwone zasłony. Nasze oddechy zleją się z szumem samochodów przejeżdżających za oknem.


2.
Ko bezradnie wzrusza ramionami i wbija ręce w kieszenie, wzrok w chodnik i zęby w wargi. W tym momencie, gdyby ktokolwiek choćby spróbował go dotknąć – prawdopodobnie zacząłby krzyczeć. Kląć. Pluć i gryźć. Odsuwam się o pół kroku, inni – świadomie lub nie – robią to samo. Lala bawi się zapalniczką, Em poważnie wpatruje się w niebo, śledzi powolną migrację chmur. Ja odczekuję jeszcze chwilę i powoli ruszam w stronę najbliższego baru. Reszta podąża w ciszy. Ko, po chwili wahania, idzie za nami.
Cienie przesuwają się powoli po naszych twarzach, brązy pod oczami przeobrażają się w niezdrowe fiolety i chorowite błękity. Obserwuję dym, który wiruje dookoła naszych głów i imituje aureole. Ko nieustannie zgina palce lewej ręki, jakby ten gest, ten nieświadomy tik nerwowy, mógł odpędzić całe zło świata. Póki nie wbija paznokci w swoje dłonie, zostawiam go w spokoju. Idziemy dalej w milczącej procesji. Ciszę przerywa tylko co jakiś czas kaszel jednego z nas – trudno jednak rozróżnić, do kogo należy - na przestrzeni ostatnich miesięcy zlały się one w jedno.
W powietrzu unosi się wybrakowanie: powietrze ma za mało tlenu, niebo nad nami ma za mało ptaków lecących na południe, kontury naszych sylwetek są rozmazane i drgają na wietrze. Echo naszych kroków na kocich łbach urywa się zbyt raptownie i nawet nasze słowa, jeśli ktokolwiek zdecyduje się coś powiedzieć, przebrzmiewają niedopowiedziane i brakuje im niektórych spółgłosek i samogłosek. Brakuje też wiedzy o samym braku. Dochodzimy do baru.
Ko powoli potrząsa głową (tak jakby otrząsał się nad ranem ze snu), głośno wypycha całe powietrze z płuc i po raz pierwszy dzisiejszego dnia przemawia: „Już dobrze – już...”, nie kończy, bo zakończenia brak dla tego zdania. My rozumiemy, a nawet jeśli nie, udajemy i również głośno wzdychamy. Lala stawia przed nami piwa, biała piana wylewa się z jednej z butelek pod wpływem wstrząsu. Żadne z nas nie wykonuje nawet ruchu w jej stronę. Niech płynie, niech ucieka – w końcu i tak przestanie. Ciemne szyby przepuszczają mało światła i wypełniają wszystkie dziury, które czas przeszły powyrywał z naszych twarzy: te wszystkie zdarzenia, których być może wolelibyśmy nie pamiętać (a o których tak trudno zapomnieć), te małe apokalipsy, te dramaty i te momenty tak ogromnego szczęścia, które wypalają jeszcze bardziej i odmieniają przez przypadki naszą egzystencję, by potem, gdy już przeminą, zostawić jeszcze większą dziurę w tym, co jest (zawsze, niestrudzenie i do samego końca). Na ten krótki moment – jesteśmy cali, pełni, niemal zdrowi.
Patrzę wyczekująco na Ko – do niego należy otwarcie. Może jednym słowem, gestem, mrugnięciem oka dookreślić ten dzień – może rozpocząć głośną kłótnię, albo długą, skomplikowaną i prawdopodobnie bezsensowną dyskusję; może przechylić szalę do profanum i wtedy, przez resztę czasu, będziemy rozmawiać o tym czy innym gównie; może też wybrać ciszę, bo przecież nadal jest jeszcze światło dnia, a w świetle dnia tak łatwo dzielić brak słów i porozumiewać się wyłącznie mikrogestami i kodem Morse’a nadawanym zapalniczką.
On wyciąga z kieszeni brudne i pomięte karty. Będziemy grać w brydża. To też jest rozwiązanie. „Dwa trefl.”


3.
Zza ściany dochodzi gwizd czajnika, słychać przesuwane talerze i brzęczące sztućce, słychać też chrobot, którego nie umiem inaczej wytłumaczyć niż kimś, kto wgryza się w biały, sypki tynk. To jest po mojej prawej stronie. Lewostronnie jest tylko duże, nagie okno i popielniczka na środku stołu – pełna pomarańczowych filtrów i kilku pustych opakowań po insulinie. Za plecami słyszę poruszenie i wiem, że on właśnie stoi w drzwiach, oparty o framugę i patrzy na moje plecy. Jego źrenice są rozszerzone w półmroku i mają odcień zieleni: głębokiej i mokrej, pełnej życia. Czuję jego wzrok na moim krzyżu i to jak powoli przesuwa się w górę, aż do podstawy mojej szyi. Zapalam kolejnego papierosa i zastygam w bezruchu. Jestem cała nieruchoma, mój oddech spowalnia i uspokajam myśli. Nie stukam już nerwowo palcami w blat stołu, nie kiwam nogą, nie przygryzam wargi. Czekam. Tylko dym powoli wypływa z mojego nosa – to jedyne widoczne poruszenie w tym statycznym świecie. Trochę bez sensu przypominam sobie nasze pierwsze spotkanie, gdy oboje udawaliśmy nawzajem przed sobą kogoś nieco innego, nieco mniej zepsutego, nieco bardziej normalnego. Możliwe, że nawet rozmawialiśmy o jakichś problemach społecznych i o sztuce. Prawdopodobnie wdaliśmy się w kłótnię o literaturze. Potem, gdy już wylądowaliśmy w łóżku, było mniej słów, ale więcej prawdy. Więcej prawdy o nas i o tym, kim jesteśmy i o tym, co jest tak naprawdę ważne. I gdy już każde z nas zapaliło papierosa, on objął mnie ramieniem i oboje wiedzieliśmy, że to wbrew regułom. To nie zostało przewidziane w żadnym ze scenariuszy. Dłonią zakrył jedno z moich uszu i zastygliśmy tak na kilka dobrych godzin, paląc kolejne papierosy i niewiele mówiąc lub opowiadając sobie kłamstwa i bajki, do których łatwiej się zasypia.
Jest już tuż obok, kładzie rękę na moim ramieniu i oboje czekamy jeszcze parę chwil: w tej ciszy, w tym mroku, w tym nie-czasie i nie-miejscu. Dopalam papierosa i wstaję, żeby zrobić nam kawę.

4.
Kuchnia jest pełna ludzi, dymu i hałasu. Puste butelki walczą z pełnymi o przewagę (wydaje się, że póki co mamy remis). Ktoś otwiera drzwi do mieszkania, przytłumione głosy stają się coraz wyraźniejsze, słowa coraz bardziej zrozumiałe i po chwili widzę już roześmianą twarz D. Jej oczy się błyszczą, a w talii obejmuje nieznajomą, o łagodnej twarzy i ustach pomalowanych kurewską czerwienią. Patrzę na D. i widzę, że to kolejna kobieta, którą ona będzie kochać do końca życia, przez dwa miesiące, przez tydzień, może dwa dni lub choćby tylko tę jedną noc – prawdziwie i na zawsze.
D. siada na krześle i nalewa sobie wina. Patrzy na mnie ponad stołem, poprzez dym i wszystkie słowa, które wirują w powietrzu. Uśmiecha się. Uśmiecha się ustami i oczami, uśmiecha się swoimi wąskimi i idealnie wyprofilowanymi brwiami, uśmiecha się poprzez brązowy lok, który przesłonił jej jedno oko, uśmiecha się swym Zewnętrzem, ale to głównie jej Wnętrze sprawia, że wiem, że to uśmiech prawdziwy i uczciwy; nieskłamany.
„...”, rozpoczynam zdanie trzykropkiem, bo to czasem najlepszy możliwy początek. Na koniec unoszę pytająco jedną brew i czekając na odpowiedź zapalam kolejnego papierosa. D. wypuszcza dym z klasą - tak pewnie wypuściłaby go Ingrid Bergman. „Oglądałam dzisiaj próbę generalną w cyrku, były kostiumy i muzyka, było poważnie i bez potknięć, bez niedociągnięć. Orkiestra grała, tak jakby był to ich ostatni występ, melodie, które przecież jeszcze nie miały nawet swojej premiery...”, oczy D. błyszczą niespokojnym blaskiem i przypominają bardziej oczy dziecka, które znałam tyle lat temu, „Prawdopodobnie jestem jedyną idiotką, która chodzi na takie przedstawienia i wychodzi z nich smutna...”. Po raz kolejny unoszę brew (należy oszczędzać słowa). „Nie, nie, nie, nie martw się – smutna, ale to taki dobry smutek – to smutek, który rodzi się z oglądania piękna. Kiedy patrzysz jak akrobaci wirują na trapezach lub linach i w tle słyszysz tę muzykę, w której perkusja zdaje się synchronizować z twoim własnym pulsem i w tym wszystkim jest ta niewypowiedziana potrzeba piękna i może jeszcze pogoń za szczęściem. Coś, co jest ponad tym wszystkim... Może jest ponad, bo i aktorzy unoszą się coraz wyżej, są coraz dalej od ziemi. Inwersja spadania.” Lala nagle przysiada się do stołu i podsuwa w naszą stronę kieliszki z wódką: „Czasem wszystko jedno w dół czy w górę, ważne że jeszcze lecimy – do dna!”. Zatem jest do dna. Przez resztę nocy myślę o tym ruchu (w dół lub w górę, może czasem rzeczywiście nie ma to znaczenia) i patrzę na twarze wszystkich dookoła. Patrzę na ich oczy poukrywane w cieniu i na ich uśmiechy wykrojone czerwonymi liniami w ich twarzach; myślę o ich wszystkich sekretach (tych wspólnych i tych indywidualnych), myślę o tym, kto z nas okaże się lżejszy od powietrza, a kto zrobiony jest z ołowiu. Na razie wszyscy lecimy.

5.
Odpalam kolejnego papierosa i myślę sobie, że chyba za dużo palę. NWL podaje mi ogień i mówi: „Za dużo palisz”. Kiwam głową i częstuję ją papierosem. Znajdujemy suchą ławkę w parku i siadamy. Mamy jeszcze przynajmniej pół godziny nim pojawią się inni. Jest jeszcze ciemno, niebo na wschodzie zaczęło dopiero powoli szarzeć. Właściwie nie jest to nawet szarość, raczej wyblakła czerń. Gwiazdy zaczynają powoli znikać, więc jedynym co zostanie za chwilę będzie to sławetne prawo moralne w nas.
„Nawet nie lubię wschodów słońca”, myślę lub mówię. NWL śmieje się na głos i nagle przerywa. Poważnieje. Pociera nerwowo brew i patrzy na mnie niepewnie. Zasysam głośno resztki dymu i przewracam oczami. Przewracania oczami nie kontroluję już od kilku miesięcy (to pierwszy z symptomów, tak rozpoczął się mój rozpad). „Ko… Widziałaś go ostatnio?”, patrzy na mnie uważnie i chyba szuka prawdy w mojej twarzy. A może śladów kłamstwa. Tak czy inaczej przewierca mnie wzrokiem i wydaje się jeszcze bledsza niż zazwyczaj. Do twarzy jej z tą bladością, więc zwlekam trochę z odpowiedzią.
Tak, widziałam Ko, myślę i mówię na głos: „Nie, nie ostatnio”. Ona nadal na mnie patrzy, więc przygryzam wargę i wzruszam ramionami, „Czemu pytasz?”. „Nikt go nie widział już od dłuższego czasu, nie odbiera telefonu”, NWL ma łagodny głos, który zlewa się z dźwiękami nocy, „Nie wiem czy mam się martwić… Zresztą – nie tylko ja”. „Ha!”, mówię jakoś głupio i dodaję jeszcze bardziej idiotycznie: „Na pewno się znajdzie niedługo”. „Myślisz, że nie trzeba się martwić?” „Myślę, że nie”, mówię i jednocześnie myślę tylko o tym, jak bardzo się martwię. Myślę o naszym ostatnim spotkaniu, myślę o cieniach pod oczami, które skonsumowały już ponad połowę jego twarzy, myślę o jego popękanych ustach i poobgryzanych paznokciach. Myślę o tym jak głęboki stał się jego głos i o tym jak bardzo miał podrapane ręce. Myślę o tym wszystkim i powtarzam mechanicznie: „Myślę, że nie”.
Od strony ulicy zbliża się znajoma sylwetka – to Em. Jego czerwony szalik powiewa na wietrze i jest jak sztandar, który niesie się na wojnę. NWL podnosi się i wychodzi mu naprzeciw. Ja odpalam kolejnego papierosa i myślę lub mówię na głos: „… Myślę, że nie”.

6.
Ten kraj, to miasto – połknęło, przeżuło i wypluło nas. Nasze kości są bardziej kruche, a nasze tkanki cieńsze i to tak jakby brakowało nam jednej warstwy ubrania. Jest nam wiecznie zimno – tym chłodem, który przejmuje od wewnątrz, którego nie można się pozbyć w żaden sposób. Ten chłód, który przenika nawet w największym słońcu, w najcieplejszym pokoju, pod kocem i kołdrą. Ale oprócz chłodu jest też gorączka, ta która pali czoło i wzburza oddech; ta która sprawia, że zdania przez nas wymawiane nie do końca mają sens; ta która gotuje żywcem nasze umysły i po której ma się wrażenie, że już nic nie zostało.
Więc jesteśmy gorący i zimni, i gdzieś tam, w środku, przebiega granica, na której całe nasze jestestwo syczy i paruje, marszczy się i pęka. Magma uderzająca o morze. Rozpadamy się. Robimy to we względnej ciszy. Nikt jeszcze nie zaczął krzyczeć.

Stoję pod białymi drzwiami z numerem 193. Trochę z bezsilności, a trochę dlatego, że nie wiem co zrobić, głaszczę brudne drewno. Otwórz, kurwa, proszę - otwórz. Bądź w domu. Otwórz. Otwórz. Otwórz…
Jeszcze przez chwilę patrzę na klamkę. Powtarzam kilka nieistotnych zaklęć pod nosem, ale nie doczekuję się żadnego poruszenia. Jedyne poruszenie, które teraz potrafię wywołać, to moje własne – odwracam się i odchodzę bez oglądania za siebie. Słońce już zaszło i powietrze pachnie zimą. Wciskam ręce w kieszenie płaszcza i zaciskam je w pięści. Tak jest lepiej.
Idę pustymi ulicami, a mijając zaparkowane samochody, bezmyślnie je liczę. Latarnie zapalają się nagle i powietrze dookoła nabiera tej chemicznej, sztucznej miękkości. Wydaje się gęstsze i to trochę tak, jakby zawierało mniej tlenu. Mój oddech zwalnia, bo wszystko wydaje się też nieco cięższe, nawet moja klatka piersiowa. Idę coraz wolniej, a moje nogi drżą, już nie czuję swoich kolan i jest tylko ruch. Ruch musi być stały i nieprzerwany. Nie ma kości, nie ma mięśni, nie ma ścięgien i tkanek. Nie ma chrząstek, nie ma krwi, nie ma nic. Jest tylko ruch. Świat dookoła też się rozmazuje i myślę niespodziewanie dla samej siebie i niesamowicie leniwie, że jeśli się zatrzymam, to też się rozmyję. Rozpadnę. Wymażę. Zniknę. Światło lamp staje się ostrzejsze, a cień poza jego granicami przypomina czarną dziurę. Więc wchodzę w czarne dziury i wbrew jakimkolwiek prawom fizyki wynurzam się z nich tylko po to, żeby zostać z powrotem do nich wciągnięta. Jakaś pierwotna, najbardziej prymitywna część mnie, ta dla której jedynym imperatywem jest przeżycie, szepcze mi do ucha środkowego, że zostało mi bardzo niewiele czasu do upadku. Że to nie świat znika, że to nie czarne dziury chcą mnie połknąć, że moje ciało nadal istnieje i że to ciało właśnie zaczęło się powoli wyłączać. I wyłączyło już tak dużo, i powinnam się spieszyć, a gdybym może była mądrzejsza, to być może nawet poprosiłabym kogoś o pomoc, ale przecież nie poproszę, więc to i tak bez znaczenia… Przemyślenie tego wszystkiego zajmuje mi nieco więcej czasu niż powinno, ciężko jest mi już nawet myśleć; ciężko się oddycha; ciężko się porusza i nie ma już linii prostych, i wszystko bardziej wydaje się kontrolowanym upadkiem – choć jeszcze nie uderzyłam o chodnik. W końcu, gdy jedno z tych kolan, które przecież już nie istnieją, ugina się pode mną, dociera do mnie sens tych szeptów z mojej głowy i nagle rozumiem jak mało zostało mi czasu. Po omacku sięgam do torby i wygrzebuję glukozę w żelu. Gryzę jej opakowanie jak zwierzę - jak dzika - i połykam ją łapczywie jak powietrze, rozsmarowuję ją językiem na wargach i na podniebieniu. To nie trwa długo, może kwadrans, i świat znów pojawia się dookoła mnie. Po przyjacielsku kiwam mu głową w ramach przywitania. Oboje przeżyliśmy: ja – monada i wszystko to, czego jestem koniecznym warunkiem bytu.
Wstaję z ziemi i znów idę pustymi ulicami. Nie liczę samochodów – nie mam na to czasu, jestem już i tak bardzo spóźniona.

7.
W pokoju jest duszno i głośno. Ktoś gra na gitarze (cicho i smutno, tak jak tylko Słowianie potrafią), kilka osób gra w karty, reszta siedzi dookoła stołu: piją i palą papierosy. Popielniczki są już pełne, niemal całkowicie szaro-pomarańczowe. Lala ciągnie mnie za rękaw i prowadzi na balkon. Patrzy mi w oczy i wiem, że nie szuka w nich niczego innego niż swojego własnego odbicia. Za to Lalę lubię. I oddycham z ulgą, bo nie chcę żeby ktokolwiek zobaczył moje nowe siniaki na przedramionach albo pogryzione wargi – pamiątki z mojej podróży do czarnej dziury i z powrotem. Uśmiecham się do niej i wyciągam papierosy z kieszeni. „Gdzie byłaś? I gdzie jest Ko?”, Lala poprawia włosy i sprawdza w moich oczach, czy dobrze wyglądają. Wzruszam ramionami. „Miałam kilka spraw do załatwienia. I – nie wiem. Nie mogłam się dodzwonić. Ale zostawiłam wiadomość.” Tym razem to Lala wzrusza ramionami. To wystudiowany gest. To gest, który mam zobaczyć ja. Który ma zobaczyć ktokolwiek, kto na nas patrzy. To gest dla świata, to gest zewnętrzny. Kiwam głową i nim się potrafię zorientować, sama wzruszam ramionami. To wzruszenie jest jednak innego rodzaju. Wychodzi z mojego środka i jest reakcją. Na zawsze ma pozostać niewytłumaczalne. Niepoliczalne. Nieistotne dla trajektorii planet, dla promieniowania kosmicznego, dla wybuchów supernowych. Dreszcz, który przebiega przez tę duszę, której nie mam.
Lala patrzy na mnie nieco uważniej, wyciera brud z policzka, ale nic nie mówi. Uśmiecham się do niej chyba trochę smutno, a za brak tych niektórych pytań, gdybym tylko potrafiła, sprawiłabym, żeby cała moja postać, choć na chwilę, stała się powierzchnią odbijającą. „Chodźmy do środka.”

NWL i D. właśnie zrobiły robra. Lali to nie bardzo przeszkadza, bo cały czas sadzaliśmy ją naprzeciw okna, żeby mogła widzieć swoje odbicie. Siedzimy i kontemplujemy koniec gry. Nagle zaczyna dzwonić jeden z telefonów. Cichnie po chwili. Wtedy rozdzwania się następny, ale znowu przestaje dzwonić, nim ktokolwiek jest w stanie odebrać połączenie. I kolejny. I kolejny. Wygrzebuję własną komórkę z płaszcza, inni wyciągają własne. Na moment zapada cisza. A potem, jednym głosem, mówimy lub myślimy: „Ko!”.

8.
Nikt niczego nie zauważył. Z fascynacją patrzyłam, jak każdy się z Ko wita. Jak każdy poklepuje Ko po plecach. Jak każdy pyta Ko, gdzie był. Jak – jak – jak… Patrzyłam na jego rozedrgane kontury i na to jak wszyscy to ignorowali. Patrzyłam na jego szczupłe palce w nieustannym nerwowym tańcu. Patrzyłam na jego źrenice rozszerzone z braku snu. Patrzyłam na Ko.
Ko spojrzał na mnie ponad głowami ich wszystkich i tym jednym spojrzeniem powiedział wszystko – swoim milczeniem wykrzyczał do mnie to wszystko, czego pewnie inaczej nie dałby mi rady powiedzieć dzisiaj. Moje rzęsy zatrzepotały i to też był krzyk. Przez chwilę krzyczeliśmy razem.
Ktoś podał Ko butelkę wina, ktoś odpalił mu papierosa. Usiedliśmy wszyscy razem w pobliżu kuchenki gazowej, a D. włączyła światełko w jej wnętrzu. Namiastka kominka. Ko uśmiechnął się połową twarzy i zaśmiał cicho – był to wstęp do kolejnych z jego historii. „Nie uwierzycie, co za noc przeżyłem wczoraj”, powiedział wolno, odmierzając słowa niczym metronom, tak jak tylko on to potrafi. Jednocześnie usłyszałam Ko mówiącego: „Spojrzałem wczoraj w otchłań, a otchłań mnie przyjęła” i jego głos był zachrypły, pełen szumów i brzmień z odległych stepów, pełen pyłu i piasku. Wszyscy ucichliśmy. Pierwszy Ko opowiadał dalej. Drugi spojrzał na mnie przenikliwie i milczał przez chwilę. Jednocześnie przecież był tylko jeden Ko. I tylko jeden głos. I tylko jedna historia. Historia o tym jak się wczoraj upił. A nie historia o tym, kiedy zstąpił w otchłań i o tym, co tam widział (choć może ważniejsze było to czego nie widział?). Pierwsza historia toczyła się gładko i co jakiś czas wyławiałam pojedyncze słowa, druga szarpała moje ciało i wgryzała się w szarą materię ukrytą w mojej czaszce: czasami przyspieszała, czasami zwalniała, ale przecież ciągle trwała, przecież przez cały czas patrzyłam na usta, które wypowiadają dwa zupełnie odmienne słowa w tym samym czasie, patrzyłam na oczy, które wpatrywały się we mnie bez mrugnięcia i na te, które wędrowały spokojnie po twarzach dookoła i uśmiechały się lekko do nich. Nagle sama poczułam to rozwarstwienie i w tym jednym ułamku sekundy wiedziałam, że jedna ja spokojnie zapala papierosa, gdy ta druga zaczyna szlochać i krzyczeć i rzuca się w stronę Ko… Tylko którego? Bo Ko już nie było jednego, nie było ich nawet tylko dwóch. Był ich legion. Niektórzy stali w drzwiach i szeptem wymieniali jakieś uwagi wskazując na to i owo palcami. Inny palił papierosa na balkonie, a jeszcze inny trzymał mnie (drugą mnie) mocno za ramiona i przyciskał do ziemi. Kolejny szeptał mi do ucha bym się nie bała. Jeszcze inny siedział nieopodal i zapewniał, że strach przejdzie. Że się tego wszystkiego nauczę…
Pierwsza ja spokojnie dopaliła papierosa i zaczęła szukać następnego. Nim go odpaliła spojrzała na tę drugą kpiąco.

9.
On przesuwa w moją stronę pustą popielniczkę i pudełko zapałek. Ja (my) wyciągam po nie rękę. Uśmiecham(y) się. On patrzy na mnie spod swych ciemnych brwi i sam zapala papierosa. Mówi lub myśli, że już nie może. Wiem(y) – odpowiadam(y) – jesteś tylko jeden, ja jestem miriadami… Dopalamy do końca nasze papierosy. On wychodzi. Ja biegnę za nim/ ja zostaję na krześle/ ja płaczę/ ja zasypiam/ ja idę się upić – ja robię to wszystko i nie robię nic.


Jesteśmy w lesie. Rozbiegam się na wszystkie kierunki. Bawimy się w chowanego. Ko przystaje naraz we wszystkich miejscach, w których jest i macha do mnie, i może nawet uśmiecha się łagodnie. Jestem wszędzie i nigdzie. Puszczam do niego oko i zaczynam biec w stronę czarnych dziur.

Pamięć

Nie mogę spać. Nie śpię. Już się przyzwyczaiłam. Jest tyle rzeczy, które można w nocy zrobić. Dzisiaj Te spędza u mnie noc. Przed chwilą dziwnie na mnie popatrzył. Spytał czy czasem wyłączam muzykę. Spytał czy czasem kładę się tak po prostu, bez książki. „Nie”, odpowiedziałam, a pomyślałam, rozwijając myśl, że oczywiście, że nie. Bo po pierwsze to i tak nie miałoby sensu. A po drugie – przecież, jeśli się kiedykolwiek zatrzymam, to umrę. Zginę. Zniknę. Przepadnę i będę już tylko chmurą niezorganizowanych atomów. Więc nie, dziękuję. Wolę nie spać. Już się nawet przyzwyczaiłam.
Ale powiedziałam tylko to głupie „nie” i na tym skończyła się rozmowa. A potem Te spał, a ja leżałam i paliłam papierosy. Trochę też byłam zła, że leży w moim łóżku i śpi, i zastanawiałam się, czemu nie poszedł do domu. Albo chociaż do drugiego pokoju. Chociaż przecież dobrze wiedziałam, czemu. Więc zacisnęłam zęby i czekałam świtu. Tak też da radę.
Kiedy niebo zaczęło już szarzeć za oknem, opadły na mnie tęcze z sufitu. Posplatały się z moimi włosami, pokolorowały policzki i przez chwilę było trochę tak, jakby mnie już nie było. Był tylko oślepiający technikolor i biały szum w uszach. Zaczęłam po cichu liczyć (a skoro liczę, coś liczy, to przecież coś istnieje; coś przeżuwa tę mantrę matematyczną i nawet akcentuje nieco inaczej liczby pierwsze i brnie pod górę i stara się żadnej liczby nie opuścić). 789 – i nagle powracam do świata. Jestem. Wróciłam. Te siedzi na łóżku i patrzy na mnie okrągłymi oczami. Chcę spytać, o co chodzi, ale jeszcze nie potrafię wydobyć z siebie głosu. Siadam na łóżku i odpalam papierosa. Te nadal się gapi. Mam straszną ochotę go uderzyć, ale się powstrzymuję. „Co?”, udaje mi się wychrypieć. On przełyka ślinę i wskazuje palcem moją lewą rękę. Podążam wzrokiem za tym ruchem. Mojej ręki nie ma. Kurwa. Spalam w ciszy papierosa do końca, po czym zamykam oczy. Zaczynam zapominać. Zaczynam zapominać od momentu, w którym oboje patrzymy na brak mojej ręki. Potem są liczby, są też tęcze. Jest też noc, są papierosy, jest dziwne spojrzenie Te. Na wszelki wypadek cofam się jeszcze kilkanaście godzin – zapominam wszystko, co wydarzyło się od zeszłego poranka…

2.
Jest kawa. To dobry początek. Na kanapie siedzi Alla i patrzy tępo przed siebie. Ma rozczochrane włosy i rozmazane oko. „Jak się czujesz?”, pytam szukając czystych kubków. „Tak jak wyglądam… Jak wyglądam?”, automatycznie prostuje się i zaczyna zapinać guziki koszuli. Na szyi ma ślady po moich ugryzieniach – są jednak zbyt wysoko żeby zasłonił je kołnierz. „Pięknie, kochanie”, może by mi uwierzyła, gdybym chociaż na nią spojrzała, ale właśnie robię nam kawę. Za plecami czuję poruszenie i nagle dwie obce ręce mnie obejmują. Staram się nie wzdrygnąć – po prostu nieruchomieję. Jest już widno i tak ciężko mi mieć ostre kontury; jest już widno i nie chcę żeby mnie ktokolwiek dotykał. A przede wszystkim - chcę zapalić.
Ona odsuwa się ode mnie po chwili bez słowa i patrzy długo – szuka czegoś w mojej twarzy. Stoimy tak w szarym, jeszcze niedojrzałym świetle i żadna z nas nie mruga. W końcu ona wzrusza ramionami, zakłada kurtkę i idzie w stronę drzwi. To dobrze. Nasz paradygmat nie ulega zmianie.

Dopijam kawę. Przez dłuższą chwilę szukam lewego buta. Dopijam drugą kawę (tę, którą zrobiłam dla Alli). Wychodzę. Na klatce schodowej mijam sąsiada - kiwam do niego głową, on mruczy coś niezrozumiale pod nosem. Mijamy się nie patrząc sobie w oczy. Popycham frontowe drzwi i połyka mnie oślepiające słońce.
Ka siedzi na ławce i nerwowo przewraca strony jakiejś książki. Obgryza paznokcie. Staję nad nim i mój cień wypełnia biel między literami. Podaję mu papierowy kubek z kawą. Ka unosi brew i patrzy na mnie nieco dłużej niż powinien. „Wyglądasz jak trup”, stwierdza po dłuższej chwili. Zamyka z trzaskiem książkę i chowa do plecaka. Robi to za szybko i nadal nie znam jej tytułu. Siedzimy przez dłuższy czas w ciszy i wpatrujemy się w niebo nad nami: cała ta niebieskość, cała ta jaskrawość, wlewa nam się do oczu i przetacza falami przez wnętrze naszych głów. Zezem spoglądam na powietrze, które wydychamy i ono też jest niebieskie i miękko miesza się z dymem, który niespiesznie ucieka mi przez nos. Mogłabym tak siedzieć dłużej, nie odzywać się i tylko patrzeć – może ten spokój tkanek i cichy szum krwi wrosłyby we mnie, stały się mną i pozwoliły mi być czymś nowym i lepszym… Ale chwila umyka – wraz z kaszlem wstrząsającym całym ciałem Ka. Powoli się podnosimy i ruszamy w stronę rzeki. Udaję, że nie widzę krwi na wnętrzu jego dłoni.

Któreś z bliźniaków stawia przed nami piwa. Wszyscy coś mówią jednocześnie: wiatr rozdmuchuje i te słowa i dym z naszych papierosów. Zza zasłony własnych rzęs obserwuję Ka: jego szare oczy i szare policzki, zresztą wszystko wydaje się w nim być szare dzisiaj (może tylko poza jego ustami, które są przecież czerwone: tak czerwone jak maki, które rosły niedaleko mojego domu w tym innym kraju; tak czerwone jak zachód słońca dwa dni temu; tak czerwone jak ta krew, która ukrywa się we wnętrzu jego dłoni). Prim i Bis zaczynają śmiać się głośno i trzęsą całym stolikiem. Piwo wylewa się ze szklanek i blat wygląda teraz jak tafla jeziora – mieni się różnymi kolorami w słońcu i załamuje światło i czas, nasze życie i nasze oddechy, nasze myśli i nasze słowa. Leniwie wyciągam rękę, żeby uratować paczkę papierosów. I telefon. Ale przede wszystkim – papierosy.
Te pojawia się znikąd. Klepie Ka po ramieniu a ja brzydko krzywię się na ten widok, bo wyobrażam sobie, że ten gest czyni niesamowite spustoszenie we wnętrzu Ka. Prim albo Bis przysuwa kolejne krzesło, a ja wstaję żeby przynieść następne piwo.
Półki nad barem mienią się zielonymi i brązowymi butelkami. Staję na chwilę w progu, tam gdzie przebiega granica między światłem i cieniem, mrużę oczy i wypuszczam całe powietrze z płuc. Prostuję wszystkie palce i rozsuwam je jak najdalej od siebie. „2, 3, 5, 7, 11, 13, 17, 19, 23…”, liczę po cichu, gdy nagle ktoś dotyka delikatnie mojej szyi. „29”, kończy za mnie Te i zamyka moje dłonie. Stoimy tak jeszcze przez chwilę, promienie słoneczne otaczają jego głowę aureolą, przenikają przez jego skórę, ogrzewają krew w żyłach i w jakiś sposób sprawiają, iż wygląda jak święty. Sama nie wiem kiedy zaczynam płakać.

Oni rozmawiają o jakimś palącym problemie: rozszerzaniu się wszechświata a może o Wzorze Na Wszystko. Patrzę spod półprzymkniętych powiek i nie bardzo ich słucham. Zaczynam mrugać w rytm własnego oddechu i za każdym razem, gdy zamykam oczy, wyobrażam sobie, że przestaję istnieć. A może to oni giną? Trochę kręci mi się w głowie. Głośno wydmuchuję dym i prostuję się na krześle. Gdzieś w oddali zapalają się latarnie. Ich pomarańczowe światło obrysowuje miękko kontury naszych ciał i wydajemy się trochę bardziej dwuwymiarowi niż przed chwilą. W tym samym momencie Ka zaczyna kaszleć i wszyscy zamieramy. Zaciska palce lewej dłoni na oparciu krzesła, a prawą stara się szczelnie zakryć usta. Te pomaga mu wstać i obaj powoli się oddalają. Każdy ich krok to jedno kaszlnięcie Ka. Nie jestem w stanie tego dłużej powstrzymać, więc zaciskam oczy i zaczynam krzyczeć. Mój krzyk budzi wiatr i rozdziera chmury, mój krzyk podąża za ptakami lecącymi na południe i przedziera się przez taflę wody, by uderzyć o dno rzeki. Mój krzyk kruszy cegły i strząsa tynk ze ścian. Bliźniaki przyciskają mnie do ziemi i szepczą do ucha uspokajające kłamstwa.

Siedzimy zwróceni do siebie plecami, tak by nie widzieć swoich twarzy. Każdy mój wdech jest wydechem Ka, każdy mój wydech jego wdechem. On wykręca swoją rękę do tyłu i stara się mnie pogłaskać po policzku. Zapalam papierosa, słyszę klikot zapalniczki i wiem, że on właśnie powtórzył mój gest. Więc siedzimy wsparci plecami nawzajem o siebie i w ciszy zaciągamy się dymem. Chcę coś powiedzieć, ale nie jestem w stanie nawet tego pomyśleć, więc nadal milczę. Po cichu i tylko dla siebie wymieniam po kolei: „0. 1. 1. 2. 3. 5. 8. 13. 21. 34…”. „55. 89. 144…”, płuca Ka świszczą przy każdym słowie. Przy 233 podnosi się z podłogi i staje przede mną. Dłońmi zakrywa moje uszy i długo patrzy mi prosto w oczy. Nie mrugamy. Trwa to kilka sekund albo godzin. W jego źrenicach odbijają się moje oczy, w tych zaś chowa się obraz jego oczu, w których kryją się moje, w których schowane są jego… Nasza własna prywatna nieskończoność.
Nagle Ka prostuje się i uśmiecha smutno. „Muszę iść.” Zaprzeczam ruchem głowy. Rusza w stronę drzwi, a ja idę za nim. Kiedy mijamy salon zagląda do niego i macha pozostałym na do widzenia, „Te, zaopiekuj się nią”. Tamten podnosi się niemal natychmiast i staje obok mnie jak pieprzony anioł stróż. Słyszę trzask zamykanych drzwi i kątem oka widzę dłoń Te, która zbliża się do mojego policzka. „Przepraszam”, myślę lub mówię i zagryzam zęby na jego kciuku. On syczy i odskakuje do tyłu. W tym momencie ruszam biegiem do wyjścia. Na klatce schodowej skaczę po kilka stopni naraz, z impetem wpadam na ostatni podest i nagle czuję, że świat dookoła mnie zaczyna drgać, trzęsie się jak w febrze i wypluwa na mnie strugi kolorowego powietrza. Potykam się i kiedy już leżę twarzą do ziemi przez chwilę jest trochę tak jakby mnie nie było. Jest tylko tęcza i biały szum. W kółko zaczynam powtarzać alfabet, bo jeśli alfabet jest mówiony i po każdym ‘a’ jest ‘b’, a po każdym ‘b’ jest ‘c’, to przecież coś musi istnieć i to coś właśnie wymienia te wszystkie litery. Gdzieś w połowie trzydziestej pierwszej rundy (między ‘n’ i ‘o’) powracam do świata. Nade mną stoi Te i nadal ssie swój palec, bliźniaki zaglądają mu przez ramię. Żadne z nich nic nie mówi, ale ja już wiem, co się stało i tylko pro forma obrzucam spojrzeniem własne kończyny. Jest ich tylko trzy. Ze złością syczę przez zęby i zaczynam zapominać. Zapominam o upadku i zapominam o tym jak ugryzłam Te. Zapominam o godzinach spędzonych w kuchni z Ka. Zapominam o wieczorze nad rzeką. Na wszelki wypadek zapominam jeszcze trochę – aż do samego rana…

3.
Alla leży na brzuchu i oddycha spokojnie. Patrzę na nią przez chwilę w ciszy, po czym bardzo ostrożnie wstaję z łóżka. Ona mówi coś przez sen i na moment obawiam się, że ją obudziłam. Ale nie, śpi nadal. Ubieram się pospiesznie, tracę kilka bezcennych minut na znalezienie lewego buta. Potem otwieram bardzo cicho drzwi i wychodzę na klatkę schodową. Kiedy jestem już na samym dole, spotykam sąsiada. Mijamy się bez słowa, kiedy przytrzymuje mi drzwi. Wychodzę na ulicę i połyka mnie oślepiające słońce.
Światło tańczy wśród liści i kompletnie rozproszone spada na chodnik. Rozchylam usta i pozwalam zimnemu powietrzu uderzyć w moje zęby: rozsmarowuje je potem na podniebieniu, gdzie miesza się z moją śliną tuż przed tym nim ją połknę. Ka siedzi zgarbiony na ławce i wystukuje nogą jakąś tylko dla niego słyszalną melodię. Podchodzę do niego i mój cień pada na karty książki, którą ma rozłożoną na kolanach. Unosi głowę i uśmiecha się krzywo do mnie. „Wyglądam jak trup, wiem”, mówię. Ka schyla się i wyczarowuje spod ławki dwa papierowe kubki z kawą – podaje mi jeden z nich. Potem bardzo szybko zamyka książkę i chowa ją do plecaka, wstaje: „Chodźmy popatrzeć na kaczki”.
Zapalam papierosa i puszczam kółka z dymu. Wysyłam je niczym w procesji w stronę bezchmurnego nieba. Ten błękit wciska nam się do oczu i wypełnia głowy. Mój oddech zrównuje się z oddechem Ka i teraz oddychamy już wspólnie. Zaczyna wiać wiatr ze wschodu. Mogłabym tak stać, w tej milczącej jaskrawości, w tym utlenieniu, przetlenieniu i nadtlenieniu jeszcze długo – ale chwila umyka, wraz z kaszlem wstrząsającym całym ciałem Ka. Cierpliwie czekam aż powróci do niego oddech. Między nami, niczym kwiat maku, wisi jego otwarta dłoń umazana krwią. Któreś z nas wzrusza ramionami, drugie zapala papierosa. Ruszamy powoli w stronę miasta.

Prim i Bis chyba się o coś kłócą. To zaraz minie, jak każda z ich kłótni, więc stajemy nieco z boku i czekamy w milczeniu. Bliźniaki milkną na chwilę, mierzą się gniewnym wzrokiem, po czym wybuchają głośnym, niepohamowanym śmiechem. Ich śmiech wznosi się w górę i odbija echem od budynków niczym modlitwa muezzina. Przechodnie odwracają w naszą stronę głowy, niektórzy przystają i machają do nas nieśmiało, inni odsuwają od uszu telefony i przymykają oczy. Powietrze wibruje. Ka trzyma rękę na swojej klatce piersiowej, ja zamykam oczy i w myślach obrysowuję grubą, czarną kreską własne kontury. Dwoje niewiernych w świętym miejscu. Profanum versus sacrum. Ka ciągnie mnie za rękaw w stronę pobliskiego baru. Po chwili bliźniaki podążają za nami.
Te czeka już na nas w środku. Chemiczne pomarańczowe światło spowija jego sylwetkę i wygląda trochę jakby był zrobiony ze spiżu. Zajmujemy okrągły stół w rogu. Naprzeciwko mnie siedzi Ka, półprzeźroczysty i ledwie widoczny w panującym tu półmroku. Bliźniaki mówią jednocześnie do niego, a on uśmiecha się pobłażliwie i wyglądałby może całkiem normalnie, gdyby nie jego lewa dłoń kurczowo zaciśnięta na blacie.
Po cichu wstaję od stołu i wychodzę na zewnątrz, żeby zapalić. Moje dłonie formują pięści. „1. 4. 9. 16”, każda liczba to kolejne uderzenie mojego serca. Te staje przede mną i przesłania zachód słońca. Przez chwilę mierzymy się wzrokiem i żadne z nas nie chce mrugnąć. „Sto…” wymierzam mu policzek, „Sześćdziesiąt…” moja pięść ląduje na jego klatce piersiowej, „Dziewięć!” znów staram się uderzyć go w twarz, ale łapie moje ręce i trzyma w niedźwiedzim uścisku póki się nie uspokoję. Sama nie wiem kiedy zaczynam płakać.

Ka patrzy na mnie ponad stołem i chyba opowiada o jakiejś książce. Nie mogę się do końca skupić, więc tylko potakuję od czasu do czasu i staram się przybrać mądry wyraz twarzy. Obraz i dźwięk docierają do mnie z opóźnieniem: zmienione, wypaczone i niepełne. Nagle ciało Ka zaczynają przebiegać gwałtowne wstrząsy, ale mija dobra chwila nim jestem w stanie dopasować do tego dźwięk jego kaszlu. Bliźniaki zamierają i ich oczy robią się jeszcze bardziej okrągłe, bardziej dziecinne niż zazwyczaj. Te wstaje od stołu i podciąga na krześle Ka, pomaga mu się podnieść. Wychodzą na zewnątrz. Teraz cały świat zamilkł. Siedzę nieruchomo i patrzę na drzwi. Nabieram duży haust powietrza do płuc i zaczynam krzyczeć. Za plecami słyszę pękające butelki i szklanki roztrzaskujące się na ziemi. Prim i Bis zatykają mi usta i nos i czekają aż stracę przytomność.

Ka leży razem ze mną na łóżku. Palcem wskazującym obrysowuje linię mojego nosa. Żadne z nas się nie odzywa. Jest bardzo cicho. Czekam aż słowa poskładają się w mojej głowie same – nim wypowiem je na głos. Trochę bezmyślnie i drugoplanowo mówię sama do siebie: „1-4-1-5-9-2-6-5-3-5-8-9-7-9-3-2…”. „3-8-4-6”, Ka przysuwa się do mnie i czuję jego rzęsy na moim policzku. Zamykam oczy i wyobrażam sobie, że to motyl usiadł mi na twarzy. Chwila trwa: może to kilka minut, może kilka godzin. Nagle motyl podrywa się do lotu. Ka zaczyna wstawać, ale łapię go za rękę. „Zostań na noc” proszę. On kiwa przeczącą głową, ale opada z powrotem na poduszki. Leżymy nieruchomo, niczym owady ponabijane na szpilki, i chyba się do siebie uśmiechamy.

Pomruk rozpadających się atomów wypełnia nocną ciszę. Wszystko dookoła zaczyna się trząść a z sufitu opadają wielkie płaty różnokolorowego tynku. Ka głaszcze mnie po głowie i chyba kaszle. Fiolety i błękity wciskają mi się do ust i próbują udusić. Przez chwilę jest trochę tak jakby mnie nie było, choć przecież nadal słyszę ten cholerny kaszel. A jeśli jest słyszany, to przecież coś musi go słyszeć. Więc chyba nadal jestem, prawda? Słucham więc tego kaszlu i czekam. W końcu, trochę niechętnie, świat powraca. Obok mnie leży Ka i uśmiecha się słabo. Ma bańki rdzawej śliny na ustach. Nie mruga. Całuję wnętrze jego dłoni i zaczynam zapominać…