Jestem elektryczna – żywy wąż prądu. Nie dotykaj. Odsuń
się. W dymie, który tworzy permanentną, wiecznie zmieniającą się aureolę
dookoła mojej głowy widać co jakiś czas iskry – nieregularne wyładowania
elektryczne – białe i niebieskie błyski. Odrywam kolejny kawałek chleba i
ubijam go w kulkę – na stole ciągle powiększa się ich numer. Następna i
następna. I następna. On patrzy na mnie spod ciemnych brwi i nie bardzo wie, co
powiedzieć. Moment, gdy oboje przestaliśmy mówić wydłuża się. Rośnie i domaga
się coraz większej czasoprzestrzeni. To, co miało być tylko pauzą w naszej
rozmowie, trwa już dziesięć minut. Kwadrans. Dwadzieścia minut. Odpalam
następnego papierosa, on stawia przede mną kubek ze świeżą kawą. Para unosi się
powoli z jej powierzchni i łączy z dymem uciekającym z mojego nosa. Jedyny
dźwięk, który zakłóca ciszę, tę ciszę którą dzielimy, to woda w rurach i bardzo
odległe szczekanie psa.
Może to i dobrze – że tak milczymy. Bo co mielibyśmy
sobie powiedzieć, teraz gdy tak niewiele zostało do powiedzenia?... Chmury
rozdzierają się gdzieś nad nami i zaczyna padać deszcz. Nie zmywa brudu z
okien, tylko rozmazuje go jeszcze bardziej i tworzy skomplikowane wzory na
szybach. Oddycham nieco głośniej i czuję kaszel, który rodzi się gdzieś w moich
płucach. Przez kilka chwil staram się go powstrzymać, ale bezskutecznie. I to
jest ten moment, gdy kuchenna milcząca równowaga się załamuje. Oboje wiemy, że
musimy przerwać i tę ciszę i pozory bezruchu. Jego usta wykrzywiają się
okrutnie do uśmiechu i na chwilę zapominam, że przecież właśnie się kłócimy i
że przecież teraz, tu, w tym danym odcinku czasu (nazwijmy go T1)
wcale się bardzo nie lubimy, że na pewno w tym momencie (T1) ani ja
nie jestem tak piękna jak pół godziny temu (T0), ani on nie jest tak
wspaniały jakim był trzydzieści minut wcześniej (T0). Więc – on
uśmiecha się okrutnie a ja przesuwam w jego stronę paczkę papierosów, bo lubię
patrzeć jak pali.
Lubię patrzeć jak pali, lubię patrzeć jak siny dym ucieka
mu z nozdrzy i przecieka przez wargi, jak wiruje pod sufitem i gdy jego oczy
nieświadomie śledzą ten ruch. Lubię patrzeć na kurczące się papierosy i jego
nieobecną twarz. Lubię gdy on nie wie ile przyjemności sprawia mi samą swoją
obecnością. Lubię patrzeć jak pali papierosy. I powoli zapominam, że w danym
momencie go nie lubię: że w tym wycinku czasu się kłócimy. I na pewno – nie
kochamy.
Więc nadal milcząc siedzimy w tej małej i brudnej kuchni,
powoli zapominając o tym co nas poróżniło, oddaliło i odsunęło od siebie.
Może jest tak jak tłumaczyłam D. Że może niektórzy ludzie
żyją dla szczęścia, które znajdują we wspólnych wyprawach do Ikei i planowaniu
sobotnich obiadów. A część, ta niewielka, żyje dla tego szczęścia, które
znajduje się w książkach. Dla nocnych wypraw do ogrodzeń lotnisk, by oglądać
start samolotów. I dla wycieczek na dachy wieżowców, żeby patrzeć na Perseidy.
I – może chociażby – dla tych momentów, krótkich chwil, gdy on pali papierosy,
a ja biernie wdycham ten dym. Jesteśmy szczęśliwi jak u Nabokova, Hłaski lub u
Borowicza. Ikea nie ma już znaczenia.
Nad ranem położymy się razem na zasłanym łóżku i on
odgarnie włosy z mojego czoła, a ja zacisnę mocniej powieki, żeby nie widział
tego, co kryje się za moimi oczami. Promienie słoneczne bezskutecznie będą
próbować przebić się przez ciężkie, czerwone zasłony. Nasze oddechy zleją się z
szumem samochodów przejeżdżających za oknem.
Ko bezradnie wzrusza ramionami i wbija ręce w kieszenie,
wzrok w chodnik i zęby w wargi. W tym momencie, gdyby ktokolwiek choćby
spróbował go dotknąć – prawdopodobnie zacząłby krzyczeć. Kląć. Pluć i gryźć.
Odsuwam się o pół kroku, inni – świadomie lub nie – robią to samo. Lala bawi
się zapalniczką, Em poważnie wpatruje się w niebo, śledzi powolną migrację
chmur. Ja odczekuję jeszcze chwilę i powoli ruszam w stronę najbliższego baru.
Reszta podąża w ciszy. Ko, po chwili wahania, idzie za nami.
Cienie przesuwają się powoli po naszych twarzach, brązy
pod oczami przeobrażają się w niezdrowe fiolety i chorowite błękity. Obserwuję
dym, który wiruje dookoła naszych głów i imituje aureole. Ko nieustannie zgina
palce lewej ręki, jakby ten gest, ten nieświadomy tik nerwowy, mógł odpędzić
całe zło świata. Póki nie wbija paznokci w swoje dłonie, zostawiam go w
spokoju. Idziemy dalej w milczącej procesji. Ciszę przerywa tylko co jakiś czas
kaszel jednego z nas – trudno jednak rozróżnić, do kogo należy - na przestrzeni
ostatnich miesięcy zlały się one w jedno.
W powietrzu unosi się wybrakowanie: powietrze ma za mało
tlenu, niebo nad nami ma za mało ptaków lecących na południe, kontury naszych
sylwetek są rozmazane i drgają na wietrze. Echo naszych kroków na kocich łbach
urywa się zbyt raptownie i nawet nasze słowa, jeśli ktokolwiek zdecyduje się
coś powiedzieć, przebrzmiewają niedopowiedziane i brakuje im niektórych
spółgłosek i samogłosek. Brakuje też wiedzy o samym braku. Dochodzimy do baru.
Ko powoli potrząsa głową (tak jakby otrząsał się nad
ranem ze snu), głośno wypycha całe powietrze z płuc i po raz pierwszy
dzisiejszego dnia przemawia: „Już dobrze – już...”, nie kończy, bo zakończenia
brak dla tego zdania. My rozumiemy, a nawet jeśli nie, udajemy i również głośno
wzdychamy. Lala stawia przed nami piwa, biała piana wylewa się z jednej z
butelek pod wpływem wstrząsu. Żadne z nas nie wykonuje nawet ruchu w jej stronę.
Niech płynie, niech ucieka – w końcu i tak przestanie. Ciemne szyby
przepuszczają mało światła i wypełniają wszystkie dziury, które czas przeszły
powyrywał z naszych twarzy: te wszystkie zdarzenia, których być może
wolelibyśmy nie pamiętać (a o których tak trudno zapomnieć), te małe
apokalipsy, te dramaty i te momenty tak ogromnego szczęścia, które wypalają
jeszcze bardziej i odmieniają przez przypadki naszą egzystencję, by potem, gdy
już przeminą, zostawić jeszcze większą dziurę w tym, co jest (zawsze, niestrudzenie
i do samego końca). Na ten krótki moment – jesteśmy cali, pełni, niemal zdrowi.
Patrzę wyczekująco na Ko – do niego należy otwarcie. Może
jednym słowem, gestem, mrugnięciem oka dookreślić ten dzień – może rozpocząć
głośną kłótnię, albo długą, skomplikowaną i prawdopodobnie bezsensowną
dyskusję; może przechylić szalę do profanum i wtedy, przez resztę czasu,
będziemy rozmawiać o tym czy innym gównie; może też wybrać ciszę, bo przecież
nadal jest jeszcze światło dnia, a w świetle dnia tak łatwo dzielić brak słów i
porozumiewać się wyłącznie mikrogestami i kodem Morse’a nadawanym zapalniczką.
On wyciąga z kieszeni brudne i pomięte karty. Będziemy
grać w brydża. To też jest rozwiązanie. „Dwa trefl.”
Zza ściany dochodzi gwizd czajnika, słychać przesuwane
talerze i brzęczące sztućce, słychać też chrobot, którego nie umiem inaczej
wytłumaczyć niż kimś, kto wgryza się w biały, sypki tynk. To jest po mojej
prawej stronie. Lewostronnie jest tylko duże, nagie okno i popielniczka na
środku stołu – pełna pomarańczowych filtrów i kilku pustych opakowań po
insulinie. Za plecami słyszę poruszenie i wiem, że on właśnie stoi w drzwiach,
oparty o framugę i patrzy na moje plecy. Jego źrenice są rozszerzone w półmroku
i mają odcień zieleni: głębokiej i mokrej, pełnej życia. Czuję jego wzrok na
moim krzyżu i to jak powoli przesuwa się w górę, aż do podstawy mojej szyi.
Zapalam kolejnego papierosa i zastygam w bezruchu. Jestem cała nieruchoma, mój
oddech spowalnia i uspokajam myśli. Nie stukam już nerwowo palcami w blat
stołu, nie kiwam nogą, nie przygryzam wargi. Czekam. Tylko dym powoli wypływa z
mojego nosa – to jedyne widoczne poruszenie w tym statycznym świecie. Trochę
bez sensu przypominam sobie nasze pierwsze spotkanie, gdy oboje udawaliśmy
nawzajem przed sobą kogoś nieco innego, nieco mniej zepsutego, nieco bardziej
normalnego. Możliwe, że nawet rozmawialiśmy o jakichś problemach społecznych i
o sztuce. Prawdopodobnie wdaliśmy się w kłótnię o literaturze. Potem, gdy już
wylądowaliśmy w łóżku, było mniej słów, ale więcej prawdy. Więcej prawdy o nas
i o tym, kim jesteśmy i o tym, co jest tak naprawdę ważne. I gdy już każde z
nas zapaliło papierosa, on objął mnie ramieniem i oboje wiedzieliśmy, że to
wbrew regułom. To nie zostało przewidziane w żadnym ze scenariuszy. Dłonią
zakrył jedno z moich uszu i zastygliśmy tak na kilka dobrych godzin, paląc
kolejne papierosy i niewiele mówiąc lub opowiadając sobie kłamstwa i bajki, do
których łatwiej się zasypia.
Jest już tuż obok, kładzie rękę na moim ramieniu i oboje
czekamy jeszcze parę chwil: w tej ciszy, w tym mroku, w tym nie-czasie i
nie-miejscu. Dopalam papierosa i wstaję, żeby zrobić nam kawę.
Kuchnia jest pełna ludzi, dymu i hałasu. Puste butelki
walczą z pełnymi o przewagę (wydaje się, że póki co mamy remis). Ktoś otwiera
drzwi do mieszkania, przytłumione głosy stają się coraz wyraźniejsze, słowa
coraz bardziej zrozumiałe i po chwili widzę już roześmianą twarz D. Jej oczy
się błyszczą, a w talii obejmuje nieznajomą, o łagodnej twarzy i ustach
pomalowanych kurewską czerwienią. Patrzę na D. i widzę, że to kolejna kobieta,
którą ona będzie kochać do końca życia, przez dwa miesiące, przez tydzień, może
dwa dni lub choćby tylko tę jedną noc – prawdziwie i na zawsze.
D. siada na krześle i nalewa sobie wina. Patrzy na mnie
ponad stołem, poprzez dym i wszystkie słowa, które wirują w powietrzu. Uśmiecha
się. Uśmiecha się ustami i oczami, uśmiecha się swoimi wąskimi i idealnie
wyprofilowanymi brwiami, uśmiecha się poprzez brązowy lok, który przesłonił jej
jedno oko, uśmiecha się swym Zewnętrzem, ale to głównie jej Wnętrze sprawia, że
wiem, że to uśmiech prawdziwy i uczciwy; nieskłamany.
„...”, rozpoczynam zdanie trzykropkiem, bo to czasem
najlepszy możliwy początek. Na koniec unoszę pytająco jedną brew i czekając na
odpowiedź zapalam kolejnego papierosa. D. wypuszcza dym z klasą - tak pewnie
wypuściłaby go Ingrid Bergman. „Oglądałam dzisiaj próbę generalną w cyrku, były
kostiumy i muzyka, było poważnie i bez potknięć, bez niedociągnięć. Orkiestra
grała, tak jakby był to ich ostatni występ, melodie, które przecież jeszcze nie
miały nawet swojej premiery...”, oczy D. błyszczą niespokojnym blaskiem i
przypominają bardziej oczy dziecka, które znałam tyle lat temu, „Prawdopodobnie
jestem jedyną idiotką, która chodzi na takie przedstawienia i wychodzi z nich
smutna...”. Po raz kolejny unoszę brew (należy oszczędzać słowa). „Nie, nie,
nie, nie martw się – smutna, ale to taki dobry smutek – to smutek, który rodzi
się z oglądania piękna. Kiedy patrzysz jak akrobaci wirują na trapezach lub
linach i w tle słyszysz tę muzykę, w której perkusja zdaje się synchronizować z
twoim własnym pulsem i w tym wszystkim jest ta niewypowiedziana potrzeba piękna
i może jeszcze pogoń za szczęściem. Coś, co jest ponad tym wszystkim... Może
jest ponad, bo i aktorzy unoszą się coraz wyżej, są coraz dalej od ziemi.
Inwersja spadania.” Lala nagle przysiada się do stołu i podsuwa w naszą stronę
kieliszki z wódką: „Czasem wszystko jedno w dół czy w górę, ważne że jeszcze
lecimy – do dna!”. Zatem jest do dna. Przez resztę nocy myślę o tym ruchu (w
dół lub w górę, może czasem rzeczywiście nie ma to znaczenia) i patrzę na
twarze wszystkich dookoła. Patrzę na ich oczy poukrywane w cieniu i na ich
uśmiechy wykrojone czerwonymi liniami w ich twarzach; myślę o ich wszystkich
sekretach (tych wspólnych i tych indywidualnych), myślę o tym, kto z nas okaże
się lżejszy od powietrza, a kto zrobiony jest z ołowiu. Na razie wszyscy
lecimy.
Odpalam kolejnego papierosa i myślę sobie, że chyba za
dużo palę. NWL podaje mi ogień i mówi: „Za dużo palisz”. Kiwam głową i częstuję
ją papierosem. Znajdujemy suchą ławkę w parku i siadamy. Mamy jeszcze
przynajmniej pół godziny nim pojawią się inni. Jest jeszcze ciemno, niebo na
wschodzie zaczęło dopiero powoli szarzeć. Właściwie nie jest to nawet szarość,
raczej wyblakła czerń. Gwiazdy zaczynają powoli znikać, więc jedynym co
zostanie za chwilę będzie to sławetne prawo moralne w nas.
„Nawet nie lubię wschodów słońca”, myślę lub mówię. NWL
śmieje się na głos i nagle przerywa. Poważnieje. Pociera nerwowo brew i patrzy
na mnie niepewnie. Zasysam głośno resztki dymu i przewracam oczami.
Przewracania oczami nie kontroluję już od kilku miesięcy (to pierwszy z
symptomów, tak rozpoczął się mój rozpad). „Ko… Widziałaś go ostatnio?”, patrzy
na mnie uważnie i chyba szuka prawdy w mojej twarzy. A może śladów kłamstwa.
Tak czy inaczej przewierca mnie wzrokiem i wydaje się jeszcze bledsza niż
zazwyczaj. Do twarzy jej z tą bladością, więc zwlekam trochę z odpowiedzią.
Tak, widziałam Ko, myślę i mówię na głos: „Nie, nie
ostatnio”. Ona nadal na mnie patrzy, więc przygryzam wargę i wzruszam
ramionami, „Czemu pytasz?”. „Nikt go nie widział już od dłuższego czasu, nie
odbiera telefonu”, NWL ma łagodny głos, który zlewa się z dźwiękami nocy, „Nie
wiem czy mam się martwić… Zresztą – nie tylko ja”. „Ha!”, mówię jakoś głupio i
dodaję jeszcze bardziej idiotycznie: „Na pewno się znajdzie niedługo”.
„Myślisz, że nie trzeba się martwić?” „Myślę, że nie”, mówię i jednocześnie
myślę tylko o tym, jak bardzo się martwię. Myślę o naszym ostatnim spotkaniu,
myślę o cieniach pod oczami, które skonsumowały już ponad połowę jego twarzy,
myślę o jego popękanych ustach i poobgryzanych paznokciach. Myślę o tym jak
głęboki stał się jego głos i o tym jak bardzo miał podrapane ręce. Myślę o tym
wszystkim i powtarzam mechanicznie: „Myślę, że nie”.
Od strony ulicy zbliża się znajoma sylwetka – to Em. Jego
czerwony szalik powiewa na wietrze i jest jak sztandar, który niesie się na
wojnę. NWL podnosi się i wychodzi mu naprzeciw. Ja odpalam kolejnego papierosa
i myślę lub mówię na głos: „… Myślę, że nie”.
Ten kraj, to miasto – połknęło, przeżuło i wypluło nas.
Nasze kości są bardziej kruche, a nasze tkanki cieńsze i to tak jakby brakowało
nam jednej warstwy ubrania. Jest nam wiecznie zimno – tym chłodem, który
przejmuje od wewnątrz, którego nie można się pozbyć w żaden sposób. Ten chłód,
który przenika nawet w największym słońcu, w najcieplejszym pokoju, pod kocem i
kołdrą. Ale oprócz chłodu jest też gorączka, ta która pali czoło i wzburza
oddech; ta która sprawia, że zdania przez nas wymawiane nie do końca mają sens;
ta która gotuje żywcem nasze umysły i po której ma się wrażenie, że już nic nie
zostało.
Więc jesteśmy gorący i zimni, i gdzieś tam, w środku,
przebiega granica, na której całe nasze jestestwo syczy i paruje, marszczy się
i pęka. Magma uderzająca o morze. Rozpadamy się. Robimy to we względnej ciszy.
Nikt jeszcze nie zaczął krzyczeć.
Stoję pod białymi drzwiami z numerem 193. Trochę z
bezsilności, a trochę dlatego, że nie wiem co zrobić, głaszczę brudne drewno.
Otwórz, kurwa, proszę - otwórz. Bądź w domu. Otwórz. Otwórz. Otwórz…
Jeszcze przez chwilę patrzę na klamkę. Powtarzam kilka
nieistotnych zaklęć pod nosem, ale nie doczekuję się żadnego poruszenia. Jedyne
poruszenie, które teraz potrafię wywołać, to moje własne – odwracam się i
odchodzę bez oglądania za siebie. Słońce już zaszło i powietrze pachnie zimą.
Wciskam ręce w kieszenie płaszcza i zaciskam je w pięści. Tak jest lepiej.
Idę pustymi ulicami, a mijając zaparkowane samochody,
bezmyślnie je liczę. Latarnie zapalają się nagle i powietrze dookoła nabiera
tej chemicznej, sztucznej miękkości. Wydaje się gęstsze i to trochę tak, jakby
zawierało mniej tlenu. Mój oddech zwalnia, bo wszystko wydaje się też nieco
cięższe, nawet moja klatka piersiowa. Idę coraz wolniej, a moje nogi drżą, już
nie czuję swoich kolan i jest tylko ruch. Ruch musi być stały i nieprzerwany.
Nie ma kości, nie ma mięśni, nie ma ścięgien i tkanek. Nie ma chrząstek, nie ma
krwi, nie ma nic. Jest tylko ruch. Świat dookoła też się rozmazuje i myślę
niespodziewanie dla samej siebie i niesamowicie leniwie, że jeśli się
zatrzymam, to też się rozmyję. Rozpadnę. Wymażę. Zniknę. Światło lamp staje się
ostrzejsze, a cień poza jego granicami przypomina czarną dziurę. Więc wchodzę w
czarne dziury i wbrew jakimkolwiek prawom fizyki wynurzam się z nich tylko po
to, żeby zostać z powrotem do nich wciągnięta. Jakaś pierwotna, najbardziej
prymitywna część mnie, ta dla której jedynym imperatywem jest przeżycie,
szepcze mi do ucha środkowego, że zostało mi bardzo niewiele czasu do upadku.
Że to nie świat znika, że to nie czarne dziury chcą mnie połknąć, że moje ciało
nadal istnieje i że to ciało właśnie zaczęło się powoli wyłączać. I wyłączyło
już tak dużo, i powinnam się spieszyć, a gdybym może była mądrzejsza, to być
może nawet poprosiłabym kogoś o pomoc, ale przecież nie poproszę, więc to i tak
bez znaczenia… Przemyślenie tego wszystkiego zajmuje mi nieco więcej czasu niż
powinno, ciężko jest mi już nawet myśleć; ciężko się oddycha; ciężko się
porusza i nie ma już linii prostych, i wszystko bardziej wydaje się
kontrolowanym upadkiem – choć jeszcze nie uderzyłam o chodnik. W końcu, gdy
jedno z tych kolan, które przecież już nie istnieją, ugina się pode mną,
dociera do mnie sens tych szeptów z mojej głowy i nagle rozumiem jak mało
zostało mi czasu. Po omacku sięgam do torby i wygrzebuję glukozę w żelu. Gryzę
jej opakowanie jak zwierzę - jak dzika - i połykam ją łapczywie jak powietrze,
rozsmarowuję ją językiem na wargach i na podniebieniu. To nie trwa długo, może
kwadrans, i świat znów pojawia się dookoła mnie. Po przyjacielsku kiwam mu
głową w ramach przywitania. Oboje przeżyliśmy: ja – monada i wszystko to, czego
jestem koniecznym warunkiem bytu.
Wstaję z ziemi i znów idę pustymi ulicami. Nie liczę
samochodów – nie mam na to czasu, jestem już i tak bardzo spóźniona.
W pokoju jest duszno i głośno. Ktoś gra na gitarze (cicho
i smutno, tak jak tylko Słowianie potrafią), kilka osób gra w karty, reszta
siedzi dookoła stołu: piją i palą papierosy. Popielniczki są już pełne, niemal
całkowicie szaro-pomarańczowe. Lala ciągnie mnie za rękaw i prowadzi na balkon.
Patrzy mi w oczy i wiem, że nie szuka w nich niczego innego niż swojego
własnego odbicia. Za to Lalę lubię. I oddycham z ulgą, bo nie chcę żeby
ktokolwiek zobaczył moje nowe siniaki na przedramionach albo pogryzione wargi –
pamiątki z mojej podróży do czarnej dziury i z powrotem. Uśmiecham się do niej
i wyciągam papierosy z kieszeni. „Gdzie byłaś? I gdzie jest Ko?”, Lala poprawia
włosy i sprawdza w moich oczach, czy dobrze wyglądają. Wzruszam ramionami.
„Miałam kilka spraw do załatwienia. I – nie wiem. Nie mogłam się dodzwonić. Ale
zostawiłam wiadomość.” Tym razem to Lala wzrusza ramionami. To wystudiowany
gest. To gest, który mam zobaczyć ja. Który ma zobaczyć ktokolwiek, kto na nas
patrzy. To gest dla świata, to gest zewnętrzny. Kiwam głową i nim się potrafię
zorientować, sama wzruszam ramionami. To wzruszenie jest jednak innego rodzaju.
Wychodzi z mojego środka i jest reakcją. Na zawsze ma pozostać
niewytłumaczalne. Niepoliczalne. Nieistotne dla trajektorii planet, dla
promieniowania kosmicznego, dla wybuchów supernowych. Dreszcz, który przebiega
przez tę duszę, której nie mam.
Lala patrzy na mnie nieco uważniej, wyciera brud z
policzka, ale nic nie mówi. Uśmiecham się do niej chyba trochę smutno, a za
brak tych niektórych pytań, gdybym tylko potrafiła, sprawiłabym, żeby cała moja
postać, choć na chwilę, stała się powierzchnią odbijającą. „Chodźmy do środka.”
NWL i D. właśnie zrobiły robra. Lali to nie bardzo
przeszkadza, bo cały czas sadzaliśmy ją naprzeciw okna, żeby mogła widzieć
swoje odbicie. Siedzimy i kontemplujemy koniec gry. Nagle zaczyna dzwonić jeden
z telefonów. Cichnie po chwili. Wtedy rozdzwania się następny, ale znowu
przestaje dzwonić, nim ktokolwiek jest w stanie odebrać połączenie. I kolejny.
I kolejny. Wygrzebuję własną komórkę z płaszcza, inni wyciągają własne. Na
moment zapada cisza. A potem, jednym głosem, mówimy lub myślimy: „Ko!”.
Nikt niczego nie zauważył. Z fascynacją patrzyłam, jak
każdy się z Ko wita. Jak każdy poklepuje Ko po plecach. Jak każdy pyta Ko,
gdzie był. Jak – jak – jak… Patrzyłam na jego rozedrgane kontury i na to jak
wszyscy to ignorowali. Patrzyłam na jego szczupłe palce w nieustannym nerwowym
tańcu. Patrzyłam na jego źrenice rozszerzone z braku snu. Patrzyłam na Ko.
Ko spojrzał na mnie ponad głowami ich wszystkich i tym
jednym spojrzeniem powiedział wszystko – swoim milczeniem wykrzyczał do mnie to
wszystko, czego pewnie inaczej nie dałby mi rady powiedzieć dzisiaj. Moje rzęsy
zatrzepotały i to też był krzyk. Przez chwilę krzyczeliśmy razem.
Ktoś podał Ko butelkę wina, ktoś odpalił mu papierosa.
Usiedliśmy wszyscy razem w pobliżu kuchenki gazowej, a D. włączyła światełko w
jej wnętrzu. Namiastka kominka. Ko uśmiechnął się połową twarzy i zaśmiał cicho
– był to wstęp do kolejnych z jego historii. „Nie uwierzycie, co za noc
przeżyłem wczoraj”, powiedział wolno, odmierzając słowa niczym metronom, tak
jak tylko on to potrafi. Jednocześnie usłyszałam Ko mówiącego: „Spojrzałem
wczoraj w otchłań, a otchłań mnie przyjęła” i jego głos był zachrypły, pełen
szumów i brzmień z odległych stepów, pełen pyłu i piasku. Wszyscy ucichliśmy.
Pierwszy Ko opowiadał dalej. Drugi spojrzał na mnie przenikliwie i milczał
przez chwilę. Jednocześnie przecież był tylko jeden Ko. I tylko jeden głos. I
tylko jedna historia. Historia o tym jak się wczoraj upił. A nie historia o
tym, kiedy zstąpił w otchłań i o tym, co tam widział (choć może ważniejsze było
to czego nie widział?). Pierwsza historia toczyła się gładko i co jakiś czas
wyławiałam pojedyncze słowa, druga szarpała moje ciało i wgryzała się w szarą
materię ukrytą w mojej czaszce: czasami przyspieszała, czasami zwalniała, ale
przecież ciągle trwała, przecież przez cały czas patrzyłam na usta, które
wypowiadają dwa zupełnie odmienne słowa w tym samym czasie, patrzyłam na oczy,
które wpatrywały się we mnie bez mrugnięcia i na te, które wędrowały spokojnie
po twarzach dookoła i uśmiechały się lekko do nich. Nagle sama poczułam to
rozwarstwienie i w tym jednym ułamku sekundy wiedziałam, że jedna ja spokojnie
zapala papierosa, gdy ta druga zaczyna szlochać i krzyczeć i rzuca się w stronę
Ko… Tylko którego? Bo Ko już nie było jednego, nie było ich nawet tylko dwóch.
Był ich legion. Niektórzy stali w drzwiach i szeptem wymieniali jakieś uwagi
wskazując na to i owo palcami. Inny palił papierosa na balkonie, a jeszcze inny
trzymał mnie (drugą mnie) mocno za ramiona i przyciskał do ziemi. Kolejny
szeptał mi do ucha bym się nie bała. Jeszcze inny siedział nieopodal i
zapewniał, że strach przejdzie. Że się tego wszystkiego nauczę…
Pierwsza ja spokojnie dopaliła papierosa i zaczęła szukać
następnego. Nim go odpaliła spojrzała na tę drugą kpiąco.
On przesuwa w moją stronę pustą popielniczkę i pudełko
zapałek. Ja (my) wyciągam po nie rękę. Uśmiecham(y) się. On patrzy na mnie spod
swych ciemnych brwi i sam zapala papierosa. Mówi lub myśli, że już nie może.
Wiem(y) – odpowiadam(y) – jesteś tylko jeden, ja jestem miriadami… Dopalamy do
końca nasze papierosy. On wychodzi. Ja biegnę za nim/ ja zostaję na krześle/ ja
płaczę/ ja zasypiam/ ja idę się upić – ja robię to wszystko i nie robię nic.
Jesteśmy w lesie. Rozbiegam się na wszystkie kierunki.
Bawimy się w chowanego. Ko przystaje naraz we wszystkich miejscach, w których
jest i macha do mnie, i może nawet uśmiecha się łagodnie. Jestem wszędzie i
nigdzie. Puszczam do niego oko i zaczynam biec w stronę czarnych dziur.