Zaniósł mnie wczoraj do łóżka, gdy zasnęłam na kanapie. Często zanosi mnie do łóżka, czasami zostaje, czasami odchodzi. Wiem, że lubi sprawdzać mój sen. Wiem nawet dokładnie jak to wygląda: uchyla drzwi i wchodzi; bywa, że jest to kilka kroków, zdarza się, iż staje nade mną i dotyka kciukiem i palcem wskazującym mojego policzka; potem wychodzi.
Strofa przestał spać jakieś dwa tygodnie temu. Tylko czasami zapada w dziwaczne odrętwienie (zazwyczaj kieruje wtedy swój wzrok na ścianę). Patrzę przez ten czas na niego zachłannie, zapamiętuję ułożenie brwi, kąt pod jakim powieka opada na tęczówkę; nerwowy dygot palców. Patrzę do bólu źrenic, póki nie czuję, że oczy mi bledną, póki rzęsy nie stają się zbytnim ciężarem.
Strofa znika i boję się tego. Strofa jest moim najlepszym przyjacielem i boję się o niego. Zresztą, ostatnio, kurewsko boję się wszystkiego.
Cicho i świetliście. Takich poranków były już miliony i będą miliardy. Męczy mnie ten wieczny zachwyt nad "cicho" i przyciężkawy patos "świetliście". To tylko promienie słońca, pod odpowiednim kątem, wpadają przez żaluzje do naszej kuchni. Oboje jednak milczymy z przyzwyczajenia. Tak nam zostało, że tę chwilę pozwalamy niszczyć przypadkowi: mrówkom na parapecie, wodzie w rurach, telefonowi z przedpokoju; komukolwiek lub czemukolwiek.
Wszystko się przeciągało, czułam zmęczenie niekończącym się zachwytem wypełniającym mi głowę, pożarem pod powiekami, bezsensownym szczęściem nieruchomego ciała. Zachwyt dookoła mnie, we mnie, w nim; pewnie nawet za oknem. W całym gównianym makrokosmosie.
Uratował nas Czarny. Otworzył drzwi, tlen ruszył w naszą stronę, ominął nas i uciekł przez okno. Nadal nie padło żadne słowo, ale teraz było to kwestią czasu. Strofa poczuł się nawet na tyle wyzwolony, że pociągnął długi łyk z mojego kubka z herbatą. "Zimna". "Wiem". To wystarczyło. Wrócił pieprzony strach, że za godzinę już go nie będzie; wróciły huczące tęcze opadające na mnie z sufitu i oplatające mnie mglistym przeczuciem utraty zmysłów. Powrót do stanu naturalnego.
Czarny bezmyślnie odklejał łyżeczkę od blatu stołu, ja starałam się hałasować swoim oddechem - posapywanie z pogwizdem, szmery w górze płuc; ostatecznie nawet kaszel. "Wychodzicie stąd czasem?", Czarny dał spokój naszym sztućcom i spojrzał spokojnie w moją stronę, gdy (zdaje się) przeżywałam apogeum hiperwentylacji. "Nie, ostatnio wieje zbyt silny wiatr". On wiedział, ale nie chciał pamiętać. Głupio wzruszył ramionami. Ja też się wzdrygnęłam, niech zapomina. A ja cholernie się boję, że Strofa odleci, że wiatr wywieje z niego wszystkie atomy i już nigdy nie zaniesie mnie na łóżko; że zabraknie go i tęcze mnie uduszą. Albo wyrzucą przez okno.
Wczoraj wymyśliłam czerwony fotel. Rozkwitałby jak mak na środku pokoju. Strofa siadałby na nim i palił papierosy. Może czasami brałby mnie sobie na kolana i wydmuchiwał ciepłe powietrze prosto w kark. Myślałam o fotelu bardzo dużo, bardzo mocno, opowiadałam o nim przez sen. I dzisiaj widziałam jak Strofa delikatnie omija miejsce przeznaczone na całą czerwoność tego świata, krew rozlaną na środku dywanu.
Leżę na podłodze i oglądam pęknięcia sufitu, fiolety i pomarańcze przeciekają przez blade rysy w tynku i skapują na moje powieki. Obce głosy cicho szemrzą w mojej podświadomości, właściwie mogłyby być ledwo zauważalne. To tylko choroba jest wewnątrz. Czarny siada gdzieś przy moich krzyżujących się stopach. "Śniły mi się dzisiaj baranki… Przeraźliwie beczały…", urywa niezdecydowany na dalszy ciąg. Jak zwykle zmyśla. Będzie urywał w ten sposób jeszcze wiele razy, do mnie należy nawigacja opowieścią. Ale to Strofa przemawia. Stoi na progu i chowa się przed nami za czarnymi okularami. "Były przerażone pożarem księżyca na niebie. Z tego pierdolonego pączka skapywały wrzące krople topiącego się tłuszczu. Wełna owieczek stanęła w ogniu. Beczały coraz ciszej: to przestało być straszne, stało się losem powszechnym…". "Nie zabijaj ich", przerwałam mu, unosząc lekko głowę mimo różów dławiących moje gardło, "Nie pozwól im zniknąć". Przez skórę na jego czole mogłam zobaczyć wszystkie myśli, wszystko to, czego nie chciał mi dotąd powiedzieć. Czarny udawał, że niczego nie słyszy i głupio zapalał skręta. Była więc cisza i milczenie, milczenie i cisza; milczenie w ciszy, cisza w milczeniu. Tęcze z głosami oplotły moje płuca, na chwilę przestałam oddychać. Strofa ukrył się za wyimaginowanym czerwonym fotelem. W ten sposób doczekaliśmy nocy.
Od rana siedzę przy drzwiach balkonowych i czekam na burzę. Czekam jednak źle, bez wyczucia, niecierpliwie. Profanuję sacrum i wiem o tym zbyt dobrze, zbyt wyraźnie. "Powinnaś się przespać", Strofa dotyka wzrokiem mojego ramienia. Ale to właśnie ostatnia rzecz, którą zrobię. Wolę czekać na burzę. Wolę czekać. Wolę czekać. Wolę czekać. Wolę czekać… "Nie jestem zmęczona", kłamię (choć sama już tego do końca nie wiem). On nie odpowiada. Z szyby, jak najgorszy ze złodziei, kradnę wzrokiem twarz Strofa.
"Dzisiaj ja coś ci opowiem", opieram zimną butelkę o czoło. Mrok w pokoju odmienia mu wyraz oczu: "Nie chcę". Zaciskam dłonie, skupiam uwagę na paznokciach dotykających szorstkiej skóry. Nasze brzemienne, opuchnięte cienie tańczą na ścianach; starannie omijają pękatą smugę fotela. Siedzimy w milczeniu i każde osobno snuje w głowie tę samą opowieść. Nie dotykamy się, ale wiem, że nawet kropki po każdym z tych okrutnych zdań stawiamy równo. Strofa wzdycha na koniec, a ja kątem oka widzę uciekające z niego atomy. Czasami mam wrażenie, że więcej jest go teraz w otaczających nas ścianach niż w tym, co nadal za Strofę uchodzi.
„Powinnaś się przespać”, powtarza – jakoś tak głupio i bez wyrazu. Odwracam się i staram się skupić na nim wzrok: cały wygląda jak fatamorgana. Obraz trzęsie się i zanika momentami, jest wyprany z kolorów i ostrych krawędzi. Chyba zaczynam płakać.
Cień mojego przyjaciela podchodzi do mnie i stara się mnie przytulić. Błękit z szalonym chichotem wciska mi się do nozdrzy, gdy moja dłoń przechodzi na wylot przez jego ramię. Siedzę więc dalej: nieruchoma, w niebieskiej chmurze, która pachnie moim najlepszym przyjacielem i chyba ze mnie też coś uciekło i się zgubiło.
Jest cicho i świetliście.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz