poniedziałek, 28 grudnia 2015

historie milczące

- Opowiadałam ci to już wiele razy... – wzruszam ramionami i zapalam kolejnego papierosa. On jednak patrzy na mnie z nieruchomą twarzą i przesuwa w moją stronę popielniczkę. Przez chwilę wspólnie milczymy i pozwalamy naszym oddechom zrównać się ze sobą.
- Nigdy tak naprawdę o tym nie mówisz, zawsze opowiadasz tylko didaskalia... A potem zmieniasz temat – przesuwa palec po moim policzku i uśmiecha się słabo.

- Może niektóre historie muszą pozostać nieopowiedziane – ponownie wzruszam ramionami, bo już nad tym nie panuję. Nie lubię tych momentów. Nie lubię, gdy on stara się zatrzymać mnie w miejscu, gdy stara się wydusić ze mnie słowa, których ja nie chcę wymówić, których nie chcę znać – których nie znam. Nie lubię, gdy na mnie patrzy i ma w oczach tę czułość, to wszystko, co jest takie miękkie, takie pełne, takie niewinne i takie bezbronne. Wypycham językiem policzek i patrzę w górę, na sufit. Tuż przy lampie odpadł duży kawałek tynku - szara, płytka i szorstka plama przyciąga wzrok i w jakiś sposób jest znacznie bardziej widzialna, znacznie ważniejsza, znacznie bardziej prawdziwa niż biel, która ją otacza. Myślę do siebie, że wygląda jak rana, jedno z tych zadrapań, które dostajesz jeśli się przewrócisz na betonie. Zazwyczaj będzie to na kolanie, albo łokciu – jednym z tych wystających i ostrych krawędzi, które opisują nasze ciało. Więc jest on z tym miękkim cieniem w oczach i jest dziura w suficie, która przypomina zadrapane kolano i jestem ja, która myśli do siebie, że mój umysł jest ostry jak łokcie, więc nic w tym dziwnego, że się tak obtłukł i popękał. Poza tym myślę też, że przecież nie da rady właściwie takich ran, takich rys opowiedzieć – bo i jak? Są. I zostaną. A poza tym – nie ma nic więcej do dodania. Nie ma sensu nawet o plaster prosić, bo chyba bym musiała sobie całą głowę okleić.

wtorek, 8 grudnia 2015

szósty grudnia

czekam na koniec świata
(oczywiście ty i ja przeżyjemy)
czekam cierpliwie
- liczę ptaki lecące na południe
i próbuję odgadnąć numer
który rozbije chmury
i uwolni cały ten tlen
być może niebo stanie w ogniu
i tak rozpocznie się nasze
wielkie niekończące się lato
i może kosmos połknie
wszystkie dźwięki - huk i szum
i potem - gdy usiądziemy
nad brzegiem rzeki -
- będziemy jak ryby
niemo otwierać usta

czekam na koniec świata
na ścianie złamanym widelcem
odliczam w dół

piątek, 17 października 2014

A-To-My

Zaniósł mnie wczoraj do łóżka, gdy zasnęłam na kanapie. Często zanosi mnie do łóżka, czasami zostaje, czasami odchodzi. Wiem, że lubi sprawdzać mój sen. Wiem nawet dokładnie jak to wygląda: uchyla drzwi i wchodzi; bywa, że jest to kilka kroków, zdarza się, iż staje nade mną i dotyka kciukiem i palcem wskazującym mojego policzka; potem wychodzi. 
Strofa przestał spać jakieś dwa tygodnie temu. Tylko czasami zapada w dziwaczne odrętwienie (zazwyczaj kieruje wtedy swój wzrok na ścianę). Patrzę przez ten czas na niego zachłannie, zapamiętuję ułożenie brwi, kąt pod jakim powieka opada na tęczówkę; nerwowy dygot palców. Patrzę do bólu źrenic, póki nie czuję, że oczy mi bledną, póki rzęsy nie stają się zbytnim ciężarem. 
Strofa znika i boję się tego. Strofa jest moim najlepszym przyjacielem i boję się o niego. Zresztą, ostatnio, kurewsko boję się wszystkiego.

Cicho i świetliście. Takich poranków były już miliony i będą miliardy. Męczy mnie ten wieczny zachwyt nad "cicho" i przyciężkawy patos "świetliście". To tylko promienie słońca, pod odpowiednim kątem, wpadają przez żaluzje do naszej kuchni. Oboje jednak milczymy z przyzwyczajenia. Tak nam zostało, że tę chwilę pozwalamy niszczyć przypadkowi: mrówkom na parapecie, wodzie w rurach, telefonowi z przedpokoju; komukolwiek lub czemukolwiek. 
Wszystko się przeciągało, czułam zmęczenie niekończącym się zachwytem wypełniającym mi głowę, pożarem pod powiekami, bezsensownym szczęściem nieruchomego ciała. Zachwyt dookoła mnie, we mnie, w nim; pewnie nawet za oknem. W całym gównianym makrokosmosie. 
Uratował nas Czarny. Otworzył drzwi, tlen ruszył w naszą stronę, ominął nas i uciekł przez okno. Nadal nie padło żadne słowo, ale teraz było to kwestią czasu. Strofa poczuł się nawet na tyle wyzwolony, że pociągnął długi łyk z mojego kubka z herbatą. "Zimna". "Wiem". To wystarczyło. Wrócił pieprzony strach, że za godzinę już go nie będzie; wróciły huczące tęcze opadające na mnie z sufitu i oplatające mnie mglistym przeczuciem utraty zmysłów. Powrót do stanu naturalnego. 
Czarny bezmyślnie odklejał łyżeczkę od blatu stołu, ja starałam się hałasować swoim oddechem - posapywanie z pogwizdem, szmery w górze płuc; ostatecznie nawet kaszel. "Wychodzicie stąd czasem?", Czarny dał spokój naszym sztućcom i spojrzał spokojnie w moją stronę, gdy (zdaje się) przeżywałam apogeum hiperwentylacji. "Nie, ostatnio wieje zbyt silny wiatr". On wiedział, ale nie chciał pamiętać. Głupio wzruszył ramionami. Ja też się wzdrygnęłam, niech zapomina. A ja cholernie się boję, że Strofa odleci, że wiatr wywieje z niego wszystkie atomy i już nigdy nie zaniesie mnie na łóżko; że zabraknie go i tęcze mnie uduszą. Albo wyrzucą przez okno. 

Wczoraj wymyśliłam czerwony fotel. Rozkwitałby jak mak na środku pokoju. Strofa siadałby na nim i palił papierosy. Może czasami brałby mnie sobie na kolana i wydmuchiwał ciepłe powietrze prosto w kark. Myślałam o fotelu bardzo dużo, bardzo mocno, opowiadałam o nim przez sen. I dzisiaj widziałam jak Strofa delikatnie omija miejsce przeznaczone na całą czerwoność tego świata, krew rozlaną na środku dywanu. 
Leżę na podłodze i oglądam pęknięcia sufitu, fiolety i pomarańcze przeciekają przez blade rysy w tynku i skapują na moje powieki. Obce głosy cicho szemrzą w mojej podświadomości, właściwie mogłyby być ledwo zauważalne. To tylko choroba jest wewnątrz. Czarny siada gdzieś przy moich krzyżujących się stopach. "Śniły mi się dzisiaj baranki… Przeraźliwie beczały…", urywa niezdecydowany na dalszy ciąg. Jak zwykle zmyśla. Będzie urywał w ten sposób jeszcze wiele razy, do mnie należy nawigacja opowieścią. Ale to Strofa przemawia. Stoi na progu i chowa się przed nami za czarnymi okularami. "Były przerażone pożarem księżyca na niebie. Z tego pierdolonego pączka skapywały wrzące krople topiącego się tłuszczu. Wełna owieczek stanęła w ogniu. Beczały coraz ciszej: to przestało być straszne, stało się losem powszechnym…". "Nie zabijaj ich", przerwałam mu, unosząc lekko głowę mimo różów dławiących moje gardło, "Nie pozwól im zniknąć". Przez skórę na jego czole mogłam zobaczyć wszystkie myśli, wszystko to, czego nie chciał mi dotąd powiedzieć. Czarny udawał, że niczego nie słyszy i głupio zapalał skręta. Była więc cisza i milczenie, milczenie i cisza; milczenie w ciszy, cisza w milczeniu. Tęcze z głosami oplotły moje płuca, na chwilę przestałam oddychać. Strofa ukrył się za wyimaginowanym czerwonym fotelem. W ten sposób doczekaliśmy nocy. 

Od rana siedzę przy drzwiach balkonowych i czekam na burzę. Czekam jednak źle, bez wyczucia, niecierpliwie. Profanuję sacrum i wiem o tym zbyt dobrze, zbyt wyraźnie. "Powinnaś się przespać", Strofa dotyka wzrokiem mojego ramienia. Ale to właśnie ostatnia rzecz, którą zrobię. Wolę czekać na burzę. Wolę czekać. Wolę czekać. Wolę czekać. Wolę czekać… "Nie jestem zmęczona", kłamię (choć sama już tego do końca nie wiem). On nie odpowiada. Z szyby, jak najgorszy ze złodziei, kradnę wzrokiem twarz Strofa. 
"Dzisiaj ja coś ci opowiem", opieram zimną butelkę o czoło. Mrok w pokoju odmienia mu wyraz oczu: "Nie chcę". Zaciskam dłonie, skupiam uwagę na paznokciach dotykających szorstkiej skóry. Nasze brzemienne, opuchnięte cienie tańczą na ścianach; starannie omijają pękatą smugę fotela. Siedzimy w milczeniu i każde osobno snuje w głowie tę samą opowieść. Nie dotykamy się, ale wiem, że nawet kropki po każdym z tych okrutnych zdań stawiamy równo. Strofa wzdycha na koniec, a ja kątem oka widzę uciekające z niego atomy. Czasami mam wrażenie, że więcej jest go teraz w otaczających nas ścianach niż w tym, co nadal za Strofę uchodzi.
„Powinnaś się przespać”, powtarza – jakoś tak głupio i bez wyrazu. Odwracam się i staram się skupić na nim wzrok: cały wygląda jak fatamorgana. Obraz trzęsie się i zanika momentami, jest wyprany z kolorów i ostrych krawędzi. Chyba zaczynam płakać.
Cień mojego przyjaciela podchodzi do mnie i stara się mnie przytulić. Błękit z szalonym chichotem wciska mi się do nozdrzy, gdy moja dłoń przechodzi na wylot przez jego ramię. Siedzę więc dalej: nieruchoma, w niebieskiej chmurze, która pachnie moim najlepszym przyjacielem i chyba ze mnie też coś uciekło i się zgubiło.

Jest cicho i świetliście. 

wtorek, 22 lipca 2014

możemy

możemy usiąść gdzieś nad rzeką
(zawsze jest jakaś rzeka)
i palić papierosy
i może coś mówić
może nie
może czasem lepiej milczeć
i możemy usiąść na tyle blisko
że nasze ramiona i kolana
się dotkną
albo może jednak zostawić
jakąś przestrzeń
na oddech
na bycie rozsądnym
możemy pomyśleć
o rzeczach niepomyślanych
nieprzemyślanych
niezalecanych
możemy za kilka papierosów
pójść do domu
i nic nikomu
nigdzie
i niepotrzebnie

możemy
i możemy
nie.

wtorek, 15 lipca 2014

Szwecja

jest trochę tak jakbym
wróciła ze Szwecji
nie żeby cokolwiek istotnego
tam się wydarzyło
nic wartego kropki
podkreślenia
czy wykrzyknika
a jednak
gdybym była w Szwecji
przez te ostatnie kilka dni
gdybym wytarła tam moje brudne ręce
o szwedzką wyblakłą trawę
gdybym przytuliła palce
do ścian budynków
gdybym napełniła płuca
białym rozrzedzonym powietrzem
to teraz
właśnie tak by było
- jakbym stamtąd wróciła

pusta
cienka
i cicha

czwartek, 3 lipca 2014

anemia

nasza miłość
taka chuda
taka słaba
wystawiamy twarze
do słońca
i okładamy słowa
lodem
już nawet
nie paracetamol
ale morfina
głaszczecz moje czoło
choć oboje wiemy
że to umiera
tak chude
tak słabe
tak blade

niedziela, 25 maja 2014

Pióra

Zapalam papierosa i patrzę mu prosto w oczy. Zza zasłony rzęs, ponad przepełnioną popielniczką i pustymi butelkami po piwie, na krótki moment widzimy siebie naprawdę. Na krótki moment jesteśmy ze sobą kompletnie szczerzy, bezbronni; jesteśmy jak z porcelany: bladzi i strasznie krusi. Gdyby któreś z nas teraz się odezwało, prawdopodobnie byśmy tego nie przeżyli. Więc siedzimy i w milczeniu opowiadamy sobie to, czego żadne z nas nie umie powiedzieć normalnie. Dymem przesłaniam nagość własnego uśmiechu. Nagle jego dłonie podrywają się z blatu jak spłoszony ptak i chwila mija. Hałas z powrotem wlewa się w przestrzeń między nami i już tylko kątem oka obserwuję jak rozmawia z kimś z czerwonymi włosami. Zapalam kolejnego papierosa i toruję sobie drogę do kuchni. Opieram się o ścianę przy lodówce i czuję pod plecami nierówną powierzchnię skrzydeł, które dziś noszę na plecach. Zamykam oczy i zanurzam się w otaczającym mnie hałasie. Dźwięki oblewają mnie ze wszystkich stron, łaskoczą opuszki palców i splatają z moimi włosami. Pojedyncze pióra odklejają się od moich skrzydeł i łagodnie opadają do moich stóp – tak przynajmniej sobie to wyobrażam, bo przecież nadal zaciskam powieki – i przecież jest tylko hałas, dudnienie, odległy grzmot i czyjś śmiech. Ktoś dotyka mojego ramienia, tego lewego, tego, którego przedłużeniem jest pięć palców zaciśniętych na szyjce butelki. Otwieram oczy. To L. L. tak naprawdę tam nie ma, tyle wiem. A jednak stoi i patrzy na mnie z góry. Wykrzywia usta w czymś podobnym do uśmiechu i odpala dla mnie kolejnego papierosa.
- Strasznie jesteś wygnieciona – mówi i wyjmuje z moich włosów kilka spinek. Ciemna fala opada mi na twarz i zasłania jedno z oczu. On przesuwa palec po moim policzku i przez chwilę strasznie chce mi się płakać. To nic, niech płacze tylko pół twarzy, ta połowa, której nikt nie widzi, ta połowa, o której przecież tylko on wie.
„Tęsknię”, myślę i przesuwam się trochę w lewo, tak, że nasze ramiona prawie się stykają.
- Wiem – mówi L. i jego głos jest wyraźniejszy niż jakikolwiek inny dźwięk, który mnie teraz otacza. Stoimy i w milczeniu patrzymy na ludzi siedzących przy kuchennym stole. Jest ktoś niemal całkowicie umazany zieloną farbą i owca. Jest też diabeł i pirat. Owca trzyma się za ręce z piratem, a jednak ma na plecach mnóstwo zielonych odcisków dłoni. Po jakimś czasie L. wzrusza ramionami i na migi pokazuje mi, żeby iść za nim. Wracam do punktu wyjścia. Jest stół z przepełnionymi popielniczkami i z pustymi butelkami. Siadamy na kanapie, po drodze gubię jeszcze więcej piór i spinek do włosów. Przez chwilę nie wiem, czy L. jest tu nadal ze mną, ale boję się sprawdzić. Siedzę nieruchomo i nie płaczę. Wtedy nagle podchodzi on i siada po mojej drugiej stronie. Podaje mi papierosa i podnosi z ziemi jedno z piór:
- To chyba twoje – oboje wpatrujemy się przez krótki moment w dłoń zawieszoną w powietrzu. On znowu przerywa milczenie – Czym ty właściwie jesteś?
- Martwym ptakiem – odpowiadam bezmyślnie i nagle słyszę uśmiech L. Znów mogę się ruszać. Potrząsam głową i włosy ciężko zsuwają mi się na szyję – A ty?
- Widzialnym Niewidzialnym Człowiekiem.
L. obejmuje mnie ramieniem i tak jakby miało to jakiekolwiek znaczenie, tak jakby ktokolwiek inny oprócz mnie mógł go usłyszeć, szepce mi do ucha:
- Pięknie, więc siedzisz właśnie między niewidzialnym Widzialnym Człowiekiem i widzialnym Niewidzialnym Człowiekiem. Jest w tym chyba coś poetyckiego…
Kiwam głową, tak że tylko L. może to zobaczyć. Nim udaje mi się cokolwiek powiedzieć, znów przysiada się do nas czerwonowłosa. Odchylam więc głowę do tyłu i słucham nieistniejącego bicia serca L. Przez chwilę tylko to się liczy, to bliskie mego ucha dudnienie. Papieros się kończy, więc sięgam po tego, który jest za moim uchem. Z obu stron zostaje podany mi ogień. Obaj też mówią cicho, w trakcie odpalania własnego papierosa, niemal jednym głosem:
- Za dużo palisz.
- Wiem – odpowiadam obojgu i wypuszczam dym nosem.

Stoimy przed drzwiami, które prowadzą na dach. L. trzyma mnie lekko za rękę i nic nie mówi. Jest półprzeźroczysty. On za to stoi dokładnie krok ode mnie i zdaje się, że oboje wkładamy bardzo dużo wysiłku w to, żeby się nie dotknąć. Naciskam klamkę i wychodzimy na zewnątrz. Dookoła rozciąga się przed nami miasto. Migocze i pulsuje w oddali, niczym odbicie nocnego nieba. Idę w stronę krawędzi, ale L. mocniej zaciska palce na mojej dłoni, więc zatrzymuję się dokładnie tam, kilka kroków od gzymsu. Obaj teraz stoją nieco z tyłu, po lewej. Gdy przechylam głowę ich obraz niemal się nakłada. Wszystkie podobieństwa palą moje oczy, wszystkie różnice sprawiają, że mogę oddychać.
- Co teraz? – mówię w przestrzeń pomiędzy mną a nimi. Stoimy w ciszy i każde z nas milczy: trochę podobnie, a trochę inaczej. Wiatr szarpie moimi skrzydłami i nad moją głową powstaje trąba powietrzna pełna ciemnych, pogniecionych piór. Przez chwilę zastanawiam się nad możliwością, że może jednak to mnie nie ma, tylko jakoś o tym zapomniałam i umknęło mi. Ale nie, chyba nie, bo obaj na mnie patrzą swoimi ciemnymi oczami, z sinobrudnymi cieniami pod nimi, z włosami w nieładzie i z niebieskimi paznokciami na zmarzniętych palcach. On wyciąga do mnie dłoń i tak strasznie podobnie do tego, jak w zwyczaju miał to L., głaszcze mnie po policzku. Przygryzam wargę i chciałabym tak wiele powiedzieć, chciałabym potrafić mówić jednocześnie kilka opowieści naraz, chciałabym wydobyć z siebie dźwięki i uformować z nich słowa, a potem zdania. Ale nie potrafię i tylko czuję jak napina się skóra mojej twarzy i tak strasznie dużo kosztuje mnie, żeby nie zrobić kroku w tył. Gdy moje usta w końcu się poruszają, potrafią się ułożyć tylko do okrutnego i wykalkulowanego zdania:
- Po co to wszystko – nie wrócisz dziś ze mną do domu…
Odwracam się do nich plecami i szybko idę w stronę klatki schodowej. Gdy już wiem, że na pewno mnie nie widzą, zaczynam biec. Na pierwszym piętrze potykam się i z furkotem skrzydeł ląduję na ziemi. Zatem tu zbuduję swoje gniazdo. Ramionami obejmuję kolana i nie mam już nawet siły okłamywać się, że wszystko jest w porządku.

- Co się stało? – L. siada na pierwszym stopniu i patrzy na mnie spod zmarszczonych brwi.
- No właśnie – co się stało? – powtarzam szeptem.
- Dlaczego uciekłaś?
- Bo tylko to potrafię.
Chwila ciszy. On głośno nabiera oddechu (tak jakby rzeczywiście nadal potrzebował to robić):
- Jak bardzo źle jest?
- A jak myślisz? – podnoszę głowę i nie umiem powstrzymać drwiącego uśmiechu – Od paru godzin rozmawiam z tobą. Ciebie tu nie ma, ja to wiem i ty to wiesz – kiwam palcem w jego stronę i chcę nadal być zła i taka pełna gniewu, ale nagle ogrania mnie straszne zmęczenie i już bardzo cicho dodaję – Wiesz, czasem strasznie trudno pamiętać, co naprawdę jest, a czego nie ma. A jeszcze trudniej i straszniej właśnie to wszystko wiedzieć…
- Wiem, kochanie – wyciąga w moją stronę dłoń, ale ten gest zamiera gdzieś w połowie drogi, między mną a nim. Po chwili opuszcza rękę z rezygnacją i już tylko głośno myśli: „Wiem”.
Na schodach słychać kroki, nierówne, pewnie trochę pijane. Odwracam głowę i widzę czerwonowłosą. Ona zatrzymuje się przy mnie i przez chwilę milczy. Ma ze sobą butelkę wina musującego. Bez słowa wyciągam po nie rękę. Podaje mi je i wtedy mówię:
- Na dachu.
To wszystko. Ona rozpoczyna chwiejną, ale upartą wspinaczkę pod górę. Ja odwijam sreberko i strzelam korkiem w sufit. Biorę długi łyk, pozwalam, żeby bąbelki łaskotały moje podniebienie i gardło. Z daleka dochodzą do nas odgłosy przytłumionej muzyki i krzyki ludzi. Pewnie śpiewają. Odwracam się w stronę L. Nadal tam jest. Patrzy mi prosto w twarz. Nie odwraca wzroku. Zatem i ja go nie odwracam.
- Czas wracać – mówi ze zmarszczonymi brwiami.
„Wiem”, myślę. Zapalam papierosa i gdy wstaję, dookoła mnie spada deszcz piór. Zaczynam wchodzić na górę, opuszkami lewej dłoni zlizuję chłód ścian i odczytuję zapomniane historie, które ktoś na nich wypisał Braillem. Drzwi do mieszkania stoją otworem. Przeciskam się między ludźmi i na chwilę zatrzymuję w progu łazienki. On siedzi na brzegu wanny, z nieco znużoną miną. Prawą dłoń ma wplątaną w czerwone włosy. Wszystko jest nieruchome, poza plecami dziewczyny, którymi nadal wstrząsają torsje. Nasz wzrok się spotyka. I chyba to wszystko, co powinnam była powiedzieć już tak dawno temu, zostaje powiedziane. Dla pewności, dodaję na głos:
- Przepraszam.
On kiwa głową i cień uśmiechu przesłania mu twarz:
- Wiem, kochanie.


Na balkonie jestem tylko ja i L. On odgarnia mi włosy z czoła tak delikatnie, że gdybym go teraz nie widziała przed sobą, gdybym nie czuła jego zimnych palców, pomyślałabym, że to tylko wiatr. Przysuwa usta do mojego ucha, jakby chciał coś powiedzieć, jednak milczy. Patrzymy na szarzejący horyzont. Dookoła nas wiruje coraz więcej piór.