niedziela, 25 maja 2014

Pióra

Zapalam papierosa i patrzę mu prosto w oczy. Zza zasłony rzęs, ponad przepełnioną popielniczką i pustymi butelkami po piwie, na krótki moment widzimy siebie naprawdę. Na krótki moment jesteśmy ze sobą kompletnie szczerzy, bezbronni; jesteśmy jak z porcelany: bladzi i strasznie krusi. Gdyby któreś z nas teraz się odezwało, prawdopodobnie byśmy tego nie przeżyli. Więc siedzimy i w milczeniu opowiadamy sobie to, czego żadne z nas nie umie powiedzieć normalnie. Dymem przesłaniam nagość własnego uśmiechu. Nagle jego dłonie podrywają się z blatu jak spłoszony ptak i chwila mija. Hałas z powrotem wlewa się w przestrzeń między nami i już tylko kątem oka obserwuję jak rozmawia z kimś z czerwonymi włosami. Zapalam kolejnego papierosa i toruję sobie drogę do kuchni. Opieram się o ścianę przy lodówce i czuję pod plecami nierówną powierzchnię skrzydeł, które dziś noszę na plecach. Zamykam oczy i zanurzam się w otaczającym mnie hałasie. Dźwięki oblewają mnie ze wszystkich stron, łaskoczą opuszki palców i splatają z moimi włosami. Pojedyncze pióra odklejają się od moich skrzydeł i łagodnie opadają do moich stóp – tak przynajmniej sobie to wyobrażam, bo przecież nadal zaciskam powieki – i przecież jest tylko hałas, dudnienie, odległy grzmot i czyjś śmiech. Ktoś dotyka mojego ramienia, tego lewego, tego, którego przedłużeniem jest pięć palców zaciśniętych na szyjce butelki. Otwieram oczy. To L. L. tak naprawdę tam nie ma, tyle wiem. A jednak stoi i patrzy na mnie z góry. Wykrzywia usta w czymś podobnym do uśmiechu i odpala dla mnie kolejnego papierosa.
- Strasznie jesteś wygnieciona – mówi i wyjmuje z moich włosów kilka spinek. Ciemna fala opada mi na twarz i zasłania jedno z oczu. On przesuwa palec po moim policzku i przez chwilę strasznie chce mi się płakać. To nic, niech płacze tylko pół twarzy, ta połowa, której nikt nie widzi, ta połowa, o której przecież tylko on wie.
„Tęsknię”, myślę i przesuwam się trochę w lewo, tak, że nasze ramiona prawie się stykają.
- Wiem – mówi L. i jego głos jest wyraźniejszy niż jakikolwiek inny dźwięk, który mnie teraz otacza. Stoimy i w milczeniu patrzymy na ludzi siedzących przy kuchennym stole. Jest ktoś niemal całkowicie umazany zieloną farbą i owca. Jest też diabeł i pirat. Owca trzyma się za ręce z piratem, a jednak ma na plecach mnóstwo zielonych odcisków dłoni. Po jakimś czasie L. wzrusza ramionami i na migi pokazuje mi, żeby iść za nim. Wracam do punktu wyjścia. Jest stół z przepełnionymi popielniczkami i z pustymi butelkami. Siadamy na kanapie, po drodze gubię jeszcze więcej piór i spinek do włosów. Przez chwilę nie wiem, czy L. jest tu nadal ze mną, ale boję się sprawdzić. Siedzę nieruchomo i nie płaczę. Wtedy nagle podchodzi on i siada po mojej drugiej stronie. Podaje mi papierosa i podnosi z ziemi jedno z piór:
- To chyba twoje – oboje wpatrujemy się przez krótki moment w dłoń zawieszoną w powietrzu. On znowu przerywa milczenie – Czym ty właściwie jesteś?
- Martwym ptakiem – odpowiadam bezmyślnie i nagle słyszę uśmiech L. Znów mogę się ruszać. Potrząsam głową i włosy ciężko zsuwają mi się na szyję – A ty?
- Widzialnym Niewidzialnym Człowiekiem.
L. obejmuje mnie ramieniem i tak jakby miało to jakiekolwiek znaczenie, tak jakby ktokolwiek inny oprócz mnie mógł go usłyszeć, szepce mi do ucha:
- Pięknie, więc siedzisz właśnie między niewidzialnym Widzialnym Człowiekiem i widzialnym Niewidzialnym Człowiekiem. Jest w tym chyba coś poetyckiego…
Kiwam głową, tak że tylko L. może to zobaczyć. Nim udaje mi się cokolwiek powiedzieć, znów przysiada się do nas czerwonowłosa. Odchylam więc głowę do tyłu i słucham nieistniejącego bicia serca L. Przez chwilę tylko to się liczy, to bliskie mego ucha dudnienie. Papieros się kończy, więc sięgam po tego, który jest za moim uchem. Z obu stron zostaje podany mi ogień. Obaj też mówią cicho, w trakcie odpalania własnego papierosa, niemal jednym głosem:
- Za dużo palisz.
- Wiem – odpowiadam obojgu i wypuszczam dym nosem.

Stoimy przed drzwiami, które prowadzą na dach. L. trzyma mnie lekko za rękę i nic nie mówi. Jest półprzeźroczysty. On za to stoi dokładnie krok ode mnie i zdaje się, że oboje wkładamy bardzo dużo wysiłku w to, żeby się nie dotknąć. Naciskam klamkę i wychodzimy na zewnątrz. Dookoła rozciąga się przed nami miasto. Migocze i pulsuje w oddali, niczym odbicie nocnego nieba. Idę w stronę krawędzi, ale L. mocniej zaciska palce na mojej dłoni, więc zatrzymuję się dokładnie tam, kilka kroków od gzymsu. Obaj teraz stoją nieco z tyłu, po lewej. Gdy przechylam głowę ich obraz niemal się nakłada. Wszystkie podobieństwa palą moje oczy, wszystkie różnice sprawiają, że mogę oddychać.
- Co teraz? – mówię w przestrzeń pomiędzy mną a nimi. Stoimy w ciszy i każde z nas milczy: trochę podobnie, a trochę inaczej. Wiatr szarpie moimi skrzydłami i nad moją głową powstaje trąba powietrzna pełna ciemnych, pogniecionych piór. Przez chwilę zastanawiam się nad możliwością, że może jednak to mnie nie ma, tylko jakoś o tym zapomniałam i umknęło mi. Ale nie, chyba nie, bo obaj na mnie patrzą swoimi ciemnymi oczami, z sinobrudnymi cieniami pod nimi, z włosami w nieładzie i z niebieskimi paznokciami na zmarzniętych palcach. On wyciąga do mnie dłoń i tak strasznie podobnie do tego, jak w zwyczaju miał to L., głaszcze mnie po policzku. Przygryzam wargę i chciałabym tak wiele powiedzieć, chciałabym potrafić mówić jednocześnie kilka opowieści naraz, chciałabym wydobyć z siebie dźwięki i uformować z nich słowa, a potem zdania. Ale nie potrafię i tylko czuję jak napina się skóra mojej twarzy i tak strasznie dużo kosztuje mnie, żeby nie zrobić kroku w tył. Gdy moje usta w końcu się poruszają, potrafią się ułożyć tylko do okrutnego i wykalkulowanego zdania:
- Po co to wszystko – nie wrócisz dziś ze mną do domu…
Odwracam się do nich plecami i szybko idę w stronę klatki schodowej. Gdy już wiem, że na pewno mnie nie widzą, zaczynam biec. Na pierwszym piętrze potykam się i z furkotem skrzydeł ląduję na ziemi. Zatem tu zbuduję swoje gniazdo. Ramionami obejmuję kolana i nie mam już nawet siły okłamywać się, że wszystko jest w porządku.

- Co się stało? – L. siada na pierwszym stopniu i patrzy na mnie spod zmarszczonych brwi.
- No właśnie – co się stało? – powtarzam szeptem.
- Dlaczego uciekłaś?
- Bo tylko to potrafię.
Chwila ciszy. On głośno nabiera oddechu (tak jakby rzeczywiście nadal potrzebował to robić):
- Jak bardzo źle jest?
- A jak myślisz? – podnoszę głowę i nie umiem powstrzymać drwiącego uśmiechu – Od paru godzin rozmawiam z tobą. Ciebie tu nie ma, ja to wiem i ty to wiesz – kiwam palcem w jego stronę i chcę nadal być zła i taka pełna gniewu, ale nagle ogrania mnie straszne zmęczenie i już bardzo cicho dodaję – Wiesz, czasem strasznie trudno pamiętać, co naprawdę jest, a czego nie ma. A jeszcze trudniej i straszniej właśnie to wszystko wiedzieć…
- Wiem, kochanie – wyciąga w moją stronę dłoń, ale ten gest zamiera gdzieś w połowie drogi, między mną a nim. Po chwili opuszcza rękę z rezygnacją i już tylko głośno myśli: „Wiem”.
Na schodach słychać kroki, nierówne, pewnie trochę pijane. Odwracam głowę i widzę czerwonowłosą. Ona zatrzymuje się przy mnie i przez chwilę milczy. Ma ze sobą butelkę wina musującego. Bez słowa wyciągam po nie rękę. Podaje mi je i wtedy mówię:
- Na dachu.
To wszystko. Ona rozpoczyna chwiejną, ale upartą wspinaczkę pod górę. Ja odwijam sreberko i strzelam korkiem w sufit. Biorę długi łyk, pozwalam, żeby bąbelki łaskotały moje podniebienie i gardło. Z daleka dochodzą do nas odgłosy przytłumionej muzyki i krzyki ludzi. Pewnie śpiewają. Odwracam się w stronę L. Nadal tam jest. Patrzy mi prosto w twarz. Nie odwraca wzroku. Zatem i ja go nie odwracam.
- Czas wracać – mówi ze zmarszczonymi brwiami.
„Wiem”, myślę. Zapalam papierosa i gdy wstaję, dookoła mnie spada deszcz piór. Zaczynam wchodzić na górę, opuszkami lewej dłoni zlizuję chłód ścian i odczytuję zapomniane historie, które ktoś na nich wypisał Braillem. Drzwi do mieszkania stoją otworem. Przeciskam się między ludźmi i na chwilę zatrzymuję w progu łazienki. On siedzi na brzegu wanny, z nieco znużoną miną. Prawą dłoń ma wplątaną w czerwone włosy. Wszystko jest nieruchome, poza plecami dziewczyny, którymi nadal wstrząsają torsje. Nasz wzrok się spotyka. I chyba to wszystko, co powinnam była powiedzieć już tak dawno temu, zostaje powiedziane. Dla pewności, dodaję na głos:
- Przepraszam.
On kiwa głową i cień uśmiechu przesłania mu twarz:
- Wiem, kochanie.


Na balkonie jestem tylko ja i L. On odgarnia mi włosy z czoła tak delikatnie, że gdybym go teraz nie widziała przed sobą, gdybym nie czuła jego zimnych palców, pomyślałabym, że to tylko wiatr. Przysuwa usta do mojego ucha, jakby chciał coś powiedzieć, jednak milczy. Patrzymy na szarzejący horyzont. Dookoła nas wiruje coraz więcej piór.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz