Zapalam
papierosa i patrzę mu prosto w oczy. Zza zasłony rzęs, ponad przepełnioną
popielniczką i pustymi butelkami po piwie, na krótki moment widzimy siebie
naprawdę. Na krótki moment jesteśmy ze sobą kompletnie szczerzy, bezbronni;
jesteśmy jak z porcelany: bladzi i strasznie krusi. Gdyby któreś z nas teraz
się odezwało, prawdopodobnie byśmy tego nie przeżyli. Więc siedzimy i w
milczeniu opowiadamy sobie to, czego żadne z nas nie umie powiedzieć normalnie.
Dymem przesłaniam nagość własnego uśmiechu. Nagle jego dłonie podrywają się z
blatu jak spłoszony ptak i chwila mija. Hałas z powrotem wlewa się w przestrzeń
między nami i już tylko kątem oka obserwuję jak rozmawia z kimś z czerwonymi
włosami. Zapalam kolejnego papierosa i toruję sobie drogę do kuchni. Opieram
się o ścianę przy lodówce i czuję pod plecami nierówną powierzchnię skrzydeł,
które dziś noszę na plecach. Zamykam oczy i zanurzam się w otaczającym mnie
hałasie. Dźwięki oblewają mnie ze wszystkich stron, łaskoczą opuszki palców i
splatają z moimi włosami. Pojedyncze pióra odklejają się od moich skrzydeł i
łagodnie opadają do moich stóp – tak przynajmniej sobie to wyobrażam, bo
przecież nadal zaciskam powieki – i przecież jest tylko hałas, dudnienie,
odległy grzmot i czyjś śmiech. Ktoś dotyka mojego ramienia, tego lewego, tego,
którego przedłużeniem jest pięć palców zaciśniętych na szyjce butelki. Otwieram
oczy. To L. L. tak naprawdę tam nie ma, tyle wiem. A jednak stoi i patrzy na
mnie z góry. Wykrzywia usta w czymś podobnym do uśmiechu i odpala dla mnie
kolejnego papierosa.
- Strasznie jesteś wygnieciona – mówi i
wyjmuje z moich włosów kilka spinek. Ciemna fala opada mi na twarz i zasłania
jedno z oczu. On przesuwa palec po moim policzku i przez chwilę strasznie chce
mi się płakać. To nic, niech płacze tylko pół twarzy, ta połowa, której nikt
nie widzi, ta połowa, o której przecież tylko on wie.
„Tęsknię”, myślę i przesuwam się trochę w
lewo, tak, że nasze ramiona prawie się stykają.
- Wiem – mówi L. i jego głos jest
wyraźniejszy niż jakikolwiek inny dźwięk, który mnie teraz otacza. Stoimy i w
milczeniu patrzymy na ludzi siedzących przy kuchennym stole. Jest ktoś niemal
całkowicie umazany zieloną farbą i owca. Jest też diabeł i pirat. Owca trzyma
się za ręce z piratem, a jednak ma na plecach mnóstwo zielonych odcisków dłoni.
Po jakimś czasie L. wzrusza ramionami i na migi pokazuje mi, żeby iść za nim.
Wracam do punktu wyjścia. Jest stół z przepełnionymi popielniczkami i z pustymi
butelkami. Siadamy na kanapie, po drodze gubię jeszcze więcej piór i spinek do
włosów. Przez chwilę nie wiem, czy L. jest tu nadal ze mną, ale boję się
sprawdzić. Siedzę nieruchomo i nie płaczę. Wtedy nagle podchodzi on i siada po
mojej drugiej stronie. Podaje mi papierosa i podnosi z ziemi jedno z piór:
- To chyba twoje – oboje wpatrujemy się
przez krótki moment w dłoń zawieszoną w powietrzu. On znowu przerywa milczenie
– Czym ty właściwie jesteś?
- Martwym ptakiem – odpowiadam bezmyślnie i
nagle słyszę uśmiech L. Znów mogę się ruszać. Potrząsam głową i włosy ciężko
zsuwają mi się na szyję – A ty?
- Widzialnym Niewidzialnym Człowiekiem.
L. obejmuje mnie ramieniem i tak jakby
miało to jakiekolwiek znaczenie, tak jakby ktokolwiek inny oprócz mnie mógł go
usłyszeć, szepce mi do ucha:
- Pięknie, więc siedzisz właśnie między
niewidzialnym Widzialnym Człowiekiem i widzialnym Niewidzialnym Człowiekiem.
Jest w tym chyba coś poetyckiego…
Kiwam głową, tak że tylko L. może to
zobaczyć. Nim udaje mi się cokolwiek powiedzieć, znów przysiada się do nas
czerwonowłosa. Odchylam więc głowę do tyłu i słucham nieistniejącego bicia
serca L. Przez chwilę tylko to się liczy, to bliskie mego ucha dudnienie.
Papieros się kończy, więc sięgam po tego, który jest za moim uchem. Z obu stron
zostaje podany mi ogień. Obaj też mówią cicho, w trakcie odpalania własnego
papierosa, niemal jednym głosem:
- Za dużo palisz.
- Wiem – odpowiadam obojgu i wypuszczam dym
nosem.
Stoimy przed
drzwiami, które prowadzą na dach. L. trzyma mnie lekko za rękę i nic nie mówi.
Jest półprzeźroczysty. On za to stoi dokładnie krok ode mnie i zdaje się, że
oboje wkładamy bardzo dużo wysiłku w to, żeby się nie dotknąć. Naciskam klamkę
i wychodzimy na zewnątrz. Dookoła rozciąga się przed nami miasto. Migocze i
pulsuje w oddali, niczym odbicie nocnego nieba. Idę w stronę krawędzi, ale L.
mocniej zaciska palce na mojej dłoni, więc zatrzymuję się dokładnie tam, kilka
kroków od gzymsu. Obaj teraz stoją nieco z tyłu, po lewej. Gdy przechylam głowę
ich obraz niemal się nakłada. Wszystkie podobieństwa palą moje oczy, wszystkie
różnice sprawiają, że mogę oddychać.
- Co teraz? – mówię w przestrzeń pomiędzy
mną a nimi. Stoimy w ciszy i każde z nas milczy: trochę podobnie, a trochę
inaczej. Wiatr szarpie moimi skrzydłami i nad moją głową powstaje trąba
powietrzna pełna ciemnych, pogniecionych piór. Przez chwilę zastanawiam się nad
możliwością, że może jednak to mnie nie ma, tylko jakoś o tym zapomniałam i
umknęło mi. Ale nie, chyba nie, bo obaj na mnie patrzą swoimi ciemnymi oczami,
z sinobrudnymi cieniami pod nimi, z włosami w nieładzie i z niebieskimi
paznokciami na zmarzniętych palcach. On wyciąga do mnie dłoń i tak strasznie
podobnie do tego, jak w zwyczaju miał to L., głaszcze mnie po policzku.
Przygryzam wargę i chciałabym tak wiele powiedzieć, chciałabym potrafić mówić
jednocześnie kilka opowieści naraz, chciałabym wydobyć z siebie dźwięki i
uformować z nich słowa, a potem zdania. Ale nie potrafię i tylko czuję jak
napina się skóra mojej twarzy i tak strasznie dużo kosztuje mnie, żeby nie
zrobić kroku w tył. Gdy moje usta w końcu się poruszają, potrafią się ułożyć
tylko do okrutnego i wykalkulowanego zdania:
- Po co to wszystko – nie wrócisz dziś ze
mną do domu…
Odwracam się do nich plecami i szybko idę w
stronę klatki schodowej. Gdy już wiem, że na pewno mnie nie widzą, zaczynam
biec. Na pierwszym piętrze potykam się i z furkotem skrzydeł ląduję na ziemi.
Zatem tu zbuduję swoje gniazdo. Ramionami obejmuję kolana i nie mam już nawet
siły okłamywać się, że wszystko jest w porządku.
- Co się stało? – L. siada na pierwszym
stopniu i patrzy na mnie spod zmarszczonych brwi.
- No właśnie – co się stało? – powtarzam
szeptem.
- Dlaczego uciekłaś?
- Bo tylko to potrafię.
Chwila ciszy. On głośno nabiera oddechu
(tak jakby rzeczywiście nadal potrzebował to robić):
- Jak bardzo źle jest?
- A jak myślisz? – podnoszę głowę i nie
umiem powstrzymać drwiącego uśmiechu – Od paru godzin rozmawiam z tobą. Ciebie
tu nie ma, ja to wiem i ty to wiesz – kiwam palcem w jego stronę i chcę nadal
być zła i taka pełna gniewu, ale nagle ogrania mnie straszne zmęczenie i już
bardzo cicho dodaję – Wiesz, czasem strasznie trudno pamiętać, co naprawdę
jest, a czego nie ma. A jeszcze trudniej i straszniej właśnie to wszystko
wiedzieć…
- Wiem, kochanie – wyciąga w moją stronę
dłoń, ale ten gest zamiera gdzieś w połowie drogi, między mną a nim. Po chwili
opuszcza rękę z rezygnacją i już tylko głośno myśli: „Wiem”.
Na schodach słychać kroki, nierówne, pewnie
trochę pijane. Odwracam głowę i widzę czerwonowłosą. Ona zatrzymuje się przy
mnie i przez chwilę milczy. Ma ze sobą butelkę wina musującego. Bez słowa
wyciągam po nie rękę. Podaje mi je i wtedy mówię:
- Na dachu.
To wszystko. Ona rozpoczyna chwiejną, ale
upartą wspinaczkę pod górę. Ja odwijam sreberko i strzelam korkiem w sufit.
Biorę długi łyk, pozwalam, żeby bąbelki łaskotały moje podniebienie i gardło. Z
daleka dochodzą do nas odgłosy przytłumionej muzyki i krzyki ludzi. Pewnie
śpiewają. Odwracam się w stronę L. Nadal tam jest. Patrzy mi prosto w twarz.
Nie odwraca wzroku. Zatem i ja go nie odwracam.
- Czas wracać – mówi ze zmarszczonymi
brwiami.
„Wiem”, myślę. Zapalam papierosa i gdy
wstaję, dookoła mnie spada deszcz piór. Zaczynam wchodzić na górę, opuszkami
lewej dłoni zlizuję chłód ścian i odczytuję zapomniane historie, które ktoś na
nich wypisał Braillem. Drzwi do mieszkania stoją otworem. Przeciskam się między
ludźmi i na chwilę zatrzymuję w progu łazienki. On siedzi na brzegu wanny, z
nieco znużoną miną. Prawą dłoń ma wplątaną w czerwone włosy. Wszystko jest
nieruchome, poza plecami dziewczyny, którymi nadal wstrząsają torsje. Nasz
wzrok się spotyka. I chyba to wszystko, co powinnam była powiedzieć już tak
dawno temu, zostaje powiedziane. Dla pewności, dodaję na głos:
- Przepraszam.
On kiwa głową i cień uśmiechu przesłania mu
twarz:
- Wiem, kochanie.
Na balkonie
jestem tylko ja i L. On odgarnia mi włosy z czoła tak delikatnie, że gdybym go
teraz nie widziała przed sobą, gdybym nie czuła jego zimnych palców,
pomyślałabym, że to tylko wiatr. Przysuwa usta do mojego ucha, jakby chciał coś
powiedzieć, jednak milczy. Patrzymy na szarzejący horyzont. Dookoła nas wiruje
coraz więcej piór.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz