sobota, 17 maja 2014

א

1.
Jestem elektryczna – żywy wąż prądu. Nie dotykaj. Odsuń się. W dymie, który tworzy permanentną, wiecznie zmieniającą się aureolę dookoła mojej głowy widać co jakiś czas iskry – nieregularne wyładowania elektryczne – białe i niebieskie błyski. Odrywam kolejny kawałek chleba i ubijam go w kulkę – na stole ciągle powiększa się ich numer. Następna i następna. I następna. On patrzy na mnie spod ciemnych brwi i nie bardzo wie, co powiedzieć. Moment, gdy oboje przestaliśmy mówić wydłuża się. Rośnie i domaga się coraz większej czasoprzestrzeni. To, co miało być tylko pauzą w naszej rozmowie, trwa już dziesięć minut. Kwadrans. Dwadzieścia minut. Odpalam następnego papierosa, on stawia przede mną kubek ze świeżą kawą. Para unosi się powoli z jej powierzchni i łączy z dymem uciekającym z mojego nosa. Jedyny dźwięk, który zakłóca ciszę, tę ciszę którą dzielimy, to woda w rurach i bardzo odległe szczekanie psa.
Może to i dobrze – że tak milczymy. Bo co mielibyśmy sobie powiedzieć, teraz gdy tak niewiele zostało do powiedzenia?... Chmury rozdzierają się gdzieś nad nami i zaczyna padać deszcz. Nie zmywa brudu z okien, tylko rozmazuje go jeszcze bardziej i tworzy skomplikowane wzory na szybach. Oddycham nieco głośniej i czuję kaszel, który rodzi się gdzieś w moich płucach. Przez kilka chwil staram się go powstrzymać, ale bezskutecznie. I to jest ten moment, gdy kuchenna milcząca równowaga się załamuje. Oboje wiemy, że musimy przerwać i tę ciszę i pozory bezruchu. Jego usta wykrzywiają się okrutnie do uśmiechu i na chwilę zapominam, że przecież właśnie się kłócimy i że przecież teraz, tu, w tym danym odcinku czasu (nazwijmy go T1) wcale się bardzo nie lubimy, że na pewno w tym momencie (T1) ani ja nie jestem tak piękna jak pół godziny temu (T0), ani on nie jest tak wspaniały jakim był trzydzieści minut wcześniej (T0). Więc – on uśmiecha się okrutnie a ja przesuwam w jego stronę paczkę papierosów, bo lubię patrzeć jak pali.
Lubię patrzeć jak pali, lubię patrzeć jak siny dym ucieka mu z nozdrzy i przecieka przez wargi, jak wiruje pod sufitem i gdy jego oczy nieświadomie śledzą ten ruch. Lubię patrzeć na kurczące się papierosy i jego nieobecną twarz. Lubię gdy on nie wie ile przyjemności sprawia mi samą swoją obecnością. Lubię patrzeć jak pali papierosy. I powoli zapominam, że w danym momencie go nie lubię: że w tym wycinku czasu się kłócimy. I na pewno – nie kochamy.
Więc nadal milcząc siedzimy w tej małej i brudnej kuchni, powoli zapominając o tym co nas poróżniło, oddaliło i odsunęło od siebie.
Może jest tak jak tłumaczyłam D. Że może niektórzy ludzie żyją dla szczęścia, które znajdują we wspólnych wyprawach do Ikei i planowaniu sobotnich obiadów. A część, ta niewielka, żyje dla tego szczęścia, które znajduje się w książkach. Dla nocnych wypraw do ogrodzeń lotnisk, by oglądać start samolotów. I dla wycieczek na dachy wieżowców, żeby patrzeć na Perseidy. I – może chociażby – dla tych momentów, krótkich chwil, gdy on pali papierosy, a ja biernie wdycham ten dym. Jesteśmy szczęśliwi jak u Nabokova, Hłaski lub u Borowicza. Ikea nie ma już znaczenia.
Nad ranem położymy się razem na zasłanym łóżku i on odgarnie włosy z mojego czoła, a ja zacisnę mocniej powieki, żeby nie widział tego, co kryje się za moimi oczami. Promienie słoneczne bezskutecznie będą próbować przebić się przez ciężkie, czerwone zasłony. Nasze oddechy zleją się z szumem samochodów przejeżdżających za oknem.


2.
Ko bezradnie wzrusza ramionami i wbija ręce w kieszenie, wzrok w chodnik i zęby w wargi. W tym momencie, gdyby ktokolwiek choćby spróbował go dotknąć – prawdopodobnie zacząłby krzyczeć. Kląć. Pluć i gryźć. Odsuwam się o pół kroku, inni – świadomie lub nie – robią to samo. Lala bawi się zapalniczką, Em poważnie wpatruje się w niebo, śledzi powolną migrację chmur. Ja odczekuję jeszcze chwilę i powoli ruszam w stronę najbliższego baru. Reszta podąża w ciszy. Ko, po chwili wahania, idzie za nami.
Cienie przesuwają się powoli po naszych twarzach, brązy pod oczami przeobrażają się w niezdrowe fiolety i chorowite błękity. Obserwuję dym, który wiruje dookoła naszych głów i imituje aureole. Ko nieustannie zgina palce lewej ręki, jakby ten gest, ten nieświadomy tik nerwowy, mógł odpędzić całe zło świata. Póki nie wbija paznokci w swoje dłonie, zostawiam go w spokoju. Idziemy dalej w milczącej procesji. Ciszę przerywa tylko co jakiś czas kaszel jednego z nas – trudno jednak rozróżnić, do kogo należy - na przestrzeni ostatnich miesięcy zlały się one w jedno.
W powietrzu unosi się wybrakowanie: powietrze ma za mało tlenu, niebo nad nami ma za mało ptaków lecących na południe, kontury naszych sylwetek są rozmazane i drgają na wietrze. Echo naszych kroków na kocich łbach urywa się zbyt raptownie i nawet nasze słowa, jeśli ktokolwiek zdecyduje się coś powiedzieć, przebrzmiewają niedopowiedziane i brakuje im niektórych spółgłosek i samogłosek. Brakuje też wiedzy o samym braku. Dochodzimy do baru.
Ko powoli potrząsa głową (tak jakby otrząsał się nad ranem ze snu), głośno wypycha całe powietrze z płuc i po raz pierwszy dzisiejszego dnia przemawia: „Już dobrze – już...”, nie kończy, bo zakończenia brak dla tego zdania. My rozumiemy, a nawet jeśli nie, udajemy i również głośno wzdychamy. Lala stawia przed nami piwa, biała piana wylewa się z jednej z butelek pod wpływem wstrząsu. Żadne z nas nie wykonuje nawet ruchu w jej stronę. Niech płynie, niech ucieka – w końcu i tak przestanie. Ciemne szyby przepuszczają mało światła i wypełniają wszystkie dziury, które czas przeszły powyrywał z naszych twarzy: te wszystkie zdarzenia, których być może wolelibyśmy nie pamiętać (a o których tak trudno zapomnieć), te małe apokalipsy, te dramaty i te momenty tak ogromnego szczęścia, które wypalają jeszcze bardziej i odmieniają przez przypadki naszą egzystencję, by potem, gdy już przeminą, zostawić jeszcze większą dziurę w tym, co jest (zawsze, niestrudzenie i do samego końca). Na ten krótki moment – jesteśmy cali, pełni, niemal zdrowi.
Patrzę wyczekująco na Ko – do niego należy otwarcie. Może jednym słowem, gestem, mrugnięciem oka dookreślić ten dzień – może rozpocząć głośną kłótnię, albo długą, skomplikowaną i prawdopodobnie bezsensowną dyskusję; może przechylić szalę do profanum i wtedy, przez resztę czasu, będziemy rozmawiać o tym czy innym gównie; może też wybrać ciszę, bo przecież nadal jest jeszcze światło dnia, a w świetle dnia tak łatwo dzielić brak słów i porozumiewać się wyłącznie mikrogestami i kodem Morse’a nadawanym zapalniczką.
On wyciąga z kieszeni brudne i pomięte karty. Będziemy grać w brydża. To też jest rozwiązanie. „Dwa trefl.”


3.
Zza ściany dochodzi gwizd czajnika, słychać przesuwane talerze i brzęczące sztućce, słychać też chrobot, którego nie umiem inaczej wytłumaczyć niż kimś, kto wgryza się w biały, sypki tynk. To jest po mojej prawej stronie. Lewostronnie jest tylko duże, nagie okno i popielniczka na środku stołu – pełna pomarańczowych filtrów i kilku pustych opakowań po insulinie. Za plecami słyszę poruszenie i wiem, że on właśnie stoi w drzwiach, oparty o framugę i patrzy na moje plecy. Jego źrenice są rozszerzone w półmroku i mają odcień zieleni: głębokiej i mokrej, pełnej życia. Czuję jego wzrok na moim krzyżu i to jak powoli przesuwa się w górę, aż do podstawy mojej szyi. Zapalam kolejnego papierosa i zastygam w bezruchu. Jestem cała nieruchoma, mój oddech spowalnia i uspokajam myśli. Nie stukam już nerwowo palcami w blat stołu, nie kiwam nogą, nie przygryzam wargi. Czekam. Tylko dym powoli wypływa z mojego nosa – to jedyne widoczne poruszenie w tym statycznym świecie. Trochę bez sensu przypominam sobie nasze pierwsze spotkanie, gdy oboje udawaliśmy nawzajem przed sobą kogoś nieco innego, nieco mniej zepsutego, nieco bardziej normalnego. Możliwe, że nawet rozmawialiśmy o jakichś problemach społecznych i o sztuce. Prawdopodobnie wdaliśmy się w kłótnię o literaturze. Potem, gdy już wylądowaliśmy w łóżku, było mniej słów, ale więcej prawdy. Więcej prawdy o nas i o tym, kim jesteśmy i o tym, co jest tak naprawdę ważne. I gdy już każde z nas zapaliło papierosa, on objął mnie ramieniem i oboje wiedzieliśmy, że to wbrew regułom. To nie zostało przewidziane w żadnym ze scenariuszy. Dłonią zakrył jedno z moich uszu i zastygliśmy tak na kilka dobrych godzin, paląc kolejne papierosy i niewiele mówiąc lub opowiadając sobie kłamstwa i bajki, do których łatwiej się zasypia.
Jest już tuż obok, kładzie rękę na moim ramieniu i oboje czekamy jeszcze parę chwil: w tej ciszy, w tym mroku, w tym nie-czasie i nie-miejscu. Dopalam papierosa i wstaję, żeby zrobić nam kawę.

4.
Kuchnia jest pełna ludzi, dymu i hałasu. Puste butelki walczą z pełnymi o przewagę (wydaje się, że póki co mamy remis). Ktoś otwiera drzwi do mieszkania, przytłumione głosy stają się coraz wyraźniejsze, słowa coraz bardziej zrozumiałe i po chwili widzę już roześmianą twarz D. Jej oczy się błyszczą, a w talii obejmuje nieznajomą, o łagodnej twarzy i ustach pomalowanych kurewską czerwienią. Patrzę na D. i widzę, że to kolejna kobieta, którą ona będzie kochać do końca życia, przez dwa miesiące, przez tydzień, może dwa dni lub choćby tylko tę jedną noc – prawdziwie i na zawsze.
D. siada na krześle i nalewa sobie wina. Patrzy na mnie ponad stołem, poprzez dym i wszystkie słowa, które wirują w powietrzu. Uśmiecha się. Uśmiecha się ustami i oczami, uśmiecha się swoimi wąskimi i idealnie wyprofilowanymi brwiami, uśmiecha się poprzez brązowy lok, który przesłonił jej jedno oko, uśmiecha się swym Zewnętrzem, ale to głównie jej Wnętrze sprawia, że wiem, że to uśmiech prawdziwy i uczciwy; nieskłamany.
„...”, rozpoczynam zdanie trzykropkiem, bo to czasem najlepszy możliwy początek. Na koniec unoszę pytająco jedną brew i czekając na odpowiedź zapalam kolejnego papierosa. D. wypuszcza dym z klasą - tak pewnie wypuściłaby go Ingrid Bergman. „Oglądałam dzisiaj próbę generalną w cyrku, były kostiumy i muzyka, było poważnie i bez potknięć, bez niedociągnięć. Orkiestra grała, tak jakby był to ich ostatni występ, melodie, które przecież jeszcze nie miały nawet swojej premiery...”, oczy D. błyszczą niespokojnym blaskiem i przypominają bardziej oczy dziecka, które znałam tyle lat temu, „Prawdopodobnie jestem jedyną idiotką, która chodzi na takie przedstawienia i wychodzi z nich smutna...”. Po raz kolejny unoszę brew (należy oszczędzać słowa). „Nie, nie, nie, nie martw się – smutna, ale to taki dobry smutek – to smutek, który rodzi się z oglądania piękna. Kiedy patrzysz jak akrobaci wirują na trapezach lub linach i w tle słyszysz tę muzykę, w której perkusja zdaje się synchronizować z twoim własnym pulsem i w tym wszystkim jest ta niewypowiedziana potrzeba piękna i może jeszcze pogoń za szczęściem. Coś, co jest ponad tym wszystkim... Może jest ponad, bo i aktorzy unoszą się coraz wyżej, są coraz dalej od ziemi. Inwersja spadania.” Lala nagle przysiada się do stołu i podsuwa w naszą stronę kieliszki z wódką: „Czasem wszystko jedno w dół czy w górę, ważne że jeszcze lecimy – do dna!”. Zatem jest do dna. Przez resztę nocy myślę o tym ruchu (w dół lub w górę, może czasem rzeczywiście nie ma to znaczenia) i patrzę na twarze wszystkich dookoła. Patrzę na ich oczy poukrywane w cieniu i na ich uśmiechy wykrojone czerwonymi liniami w ich twarzach; myślę o ich wszystkich sekretach (tych wspólnych i tych indywidualnych), myślę o tym, kto z nas okaże się lżejszy od powietrza, a kto zrobiony jest z ołowiu. Na razie wszyscy lecimy.

5.
Odpalam kolejnego papierosa i myślę sobie, że chyba za dużo palę. NWL podaje mi ogień i mówi: „Za dużo palisz”. Kiwam głową i częstuję ją papierosem. Znajdujemy suchą ławkę w parku i siadamy. Mamy jeszcze przynajmniej pół godziny nim pojawią się inni. Jest jeszcze ciemno, niebo na wschodzie zaczęło dopiero powoli szarzeć. Właściwie nie jest to nawet szarość, raczej wyblakła czerń. Gwiazdy zaczynają powoli znikać, więc jedynym co zostanie za chwilę będzie to sławetne prawo moralne w nas.
„Nawet nie lubię wschodów słońca”, myślę lub mówię. NWL śmieje się na głos i nagle przerywa. Poważnieje. Pociera nerwowo brew i patrzy na mnie niepewnie. Zasysam głośno resztki dymu i przewracam oczami. Przewracania oczami nie kontroluję już od kilku miesięcy (to pierwszy z symptomów, tak rozpoczął się mój rozpad). „Ko… Widziałaś go ostatnio?”, patrzy na mnie uważnie i chyba szuka prawdy w mojej twarzy. A może śladów kłamstwa. Tak czy inaczej przewierca mnie wzrokiem i wydaje się jeszcze bledsza niż zazwyczaj. Do twarzy jej z tą bladością, więc zwlekam trochę z odpowiedzią.
Tak, widziałam Ko, myślę i mówię na głos: „Nie, nie ostatnio”. Ona nadal na mnie patrzy, więc przygryzam wargę i wzruszam ramionami, „Czemu pytasz?”. „Nikt go nie widział już od dłuższego czasu, nie odbiera telefonu”, NWL ma łagodny głos, który zlewa się z dźwiękami nocy, „Nie wiem czy mam się martwić… Zresztą – nie tylko ja”. „Ha!”, mówię jakoś głupio i dodaję jeszcze bardziej idiotycznie: „Na pewno się znajdzie niedługo”. „Myślisz, że nie trzeba się martwić?” „Myślę, że nie”, mówię i jednocześnie myślę tylko o tym, jak bardzo się martwię. Myślę o naszym ostatnim spotkaniu, myślę o cieniach pod oczami, które skonsumowały już ponad połowę jego twarzy, myślę o jego popękanych ustach i poobgryzanych paznokciach. Myślę o tym jak głęboki stał się jego głos i o tym jak bardzo miał podrapane ręce. Myślę o tym wszystkim i powtarzam mechanicznie: „Myślę, że nie”.
Od strony ulicy zbliża się znajoma sylwetka – to Em. Jego czerwony szalik powiewa na wietrze i jest jak sztandar, który niesie się na wojnę. NWL podnosi się i wychodzi mu naprzeciw. Ja odpalam kolejnego papierosa i myślę lub mówię na głos: „… Myślę, że nie”.

6.
Ten kraj, to miasto – połknęło, przeżuło i wypluło nas. Nasze kości są bardziej kruche, a nasze tkanki cieńsze i to tak jakby brakowało nam jednej warstwy ubrania. Jest nam wiecznie zimno – tym chłodem, który przejmuje od wewnątrz, którego nie można się pozbyć w żaden sposób. Ten chłód, który przenika nawet w największym słońcu, w najcieplejszym pokoju, pod kocem i kołdrą. Ale oprócz chłodu jest też gorączka, ta która pali czoło i wzburza oddech; ta która sprawia, że zdania przez nas wymawiane nie do końca mają sens; ta która gotuje żywcem nasze umysły i po której ma się wrażenie, że już nic nie zostało.
Więc jesteśmy gorący i zimni, i gdzieś tam, w środku, przebiega granica, na której całe nasze jestestwo syczy i paruje, marszczy się i pęka. Magma uderzająca o morze. Rozpadamy się. Robimy to we względnej ciszy. Nikt jeszcze nie zaczął krzyczeć.

Stoję pod białymi drzwiami z numerem 193. Trochę z bezsilności, a trochę dlatego, że nie wiem co zrobić, głaszczę brudne drewno. Otwórz, kurwa, proszę - otwórz. Bądź w domu. Otwórz. Otwórz. Otwórz…
Jeszcze przez chwilę patrzę na klamkę. Powtarzam kilka nieistotnych zaklęć pod nosem, ale nie doczekuję się żadnego poruszenia. Jedyne poruszenie, które teraz potrafię wywołać, to moje własne – odwracam się i odchodzę bez oglądania za siebie. Słońce już zaszło i powietrze pachnie zimą. Wciskam ręce w kieszenie płaszcza i zaciskam je w pięści. Tak jest lepiej.
Idę pustymi ulicami, a mijając zaparkowane samochody, bezmyślnie je liczę. Latarnie zapalają się nagle i powietrze dookoła nabiera tej chemicznej, sztucznej miękkości. Wydaje się gęstsze i to trochę tak, jakby zawierało mniej tlenu. Mój oddech zwalnia, bo wszystko wydaje się też nieco cięższe, nawet moja klatka piersiowa. Idę coraz wolniej, a moje nogi drżą, już nie czuję swoich kolan i jest tylko ruch. Ruch musi być stały i nieprzerwany. Nie ma kości, nie ma mięśni, nie ma ścięgien i tkanek. Nie ma chrząstek, nie ma krwi, nie ma nic. Jest tylko ruch. Świat dookoła też się rozmazuje i myślę niespodziewanie dla samej siebie i niesamowicie leniwie, że jeśli się zatrzymam, to też się rozmyję. Rozpadnę. Wymażę. Zniknę. Światło lamp staje się ostrzejsze, a cień poza jego granicami przypomina czarną dziurę. Więc wchodzę w czarne dziury i wbrew jakimkolwiek prawom fizyki wynurzam się z nich tylko po to, żeby zostać z powrotem do nich wciągnięta. Jakaś pierwotna, najbardziej prymitywna część mnie, ta dla której jedynym imperatywem jest przeżycie, szepcze mi do ucha środkowego, że zostało mi bardzo niewiele czasu do upadku. Że to nie świat znika, że to nie czarne dziury chcą mnie połknąć, że moje ciało nadal istnieje i że to ciało właśnie zaczęło się powoli wyłączać. I wyłączyło już tak dużo, i powinnam się spieszyć, a gdybym może była mądrzejsza, to być może nawet poprosiłabym kogoś o pomoc, ale przecież nie poproszę, więc to i tak bez znaczenia… Przemyślenie tego wszystkiego zajmuje mi nieco więcej czasu niż powinno, ciężko jest mi już nawet myśleć; ciężko się oddycha; ciężko się porusza i nie ma już linii prostych, i wszystko bardziej wydaje się kontrolowanym upadkiem – choć jeszcze nie uderzyłam o chodnik. W końcu, gdy jedno z tych kolan, które przecież już nie istnieją, ugina się pode mną, dociera do mnie sens tych szeptów z mojej głowy i nagle rozumiem jak mało zostało mi czasu. Po omacku sięgam do torby i wygrzebuję glukozę w żelu. Gryzę jej opakowanie jak zwierzę - jak dzika - i połykam ją łapczywie jak powietrze, rozsmarowuję ją językiem na wargach i na podniebieniu. To nie trwa długo, może kwadrans, i świat znów pojawia się dookoła mnie. Po przyjacielsku kiwam mu głową w ramach przywitania. Oboje przeżyliśmy: ja – monada i wszystko to, czego jestem koniecznym warunkiem bytu.
Wstaję z ziemi i znów idę pustymi ulicami. Nie liczę samochodów – nie mam na to czasu, jestem już i tak bardzo spóźniona.

7.
W pokoju jest duszno i głośno. Ktoś gra na gitarze (cicho i smutno, tak jak tylko Słowianie potrafią), kilka osób gra w karty, reszta siedzi dookoła stołu: piją i palą papierosy. Popielniczki są już pełne, niemal całkowicie szaro-pomarańczowe. Lala ciągnie mnie za rękaw i prowadzi na balkon. Patrzy mi w oczy i wiem, że nie szuka w nich niczego innego niż swojego własnego odbicia. Za to Lalę lubię. I oddycham z ulgą, bo nie chcę żeby ktokolwiek zobaczył moje nowe siniaki na przedramionach albo pogryzione wargi – pamiątki z mojej podróży do czarnej dziury i z powrotem. Uśmiecham się do niej i wyciągam papierosy z kieszeni. „Gdzie byłaś? I gdzie jest Ko?”, Lala poprawia włosy i sprawdza w moich oczach, czy dobrze wyglądają. Wzruszam ramionami. „Miałam kilka spraw do załatwienia. I – nie wiem. Nie mogłam się dodzwonić. Ale zostawiłam wiadomość.” Tym razem to Lala wzrusza ramionami. To wystudiowany gest. To gest, który mam zobaczyć ja. Który ma zobaczyć ktokolwiek, kto na nas patrzy. To gest dla świata, to gest zewnętrzny. Kiwam głową i nim się potrafię zorientować, sama wzruszam ramionami. To wzruszenie jest jednak innego rodzaju. Wychodzi z mojego środka i jest reakcją. Na zawsze ma pozostać niewytłumaczalne. Niepoliczalne. Nieistotne dla trajektorii planet, dla promieniowania kosmicznego, dla wybuchów supernowych. Dreszcz, który przebiega przez tę duszę, której nie mam.
Lala patrzy na mnie nieco uważniej, wyciera brud z policzka, ale nic nie mówi. Uśmiecham się do niej chyba trochę smutno, a za brak tych niektórych pytań, gdybym tylko potrafiła, sprawiłabym, żeby cała moja postać, choć na chwilę, stała się powierzchnią odbijającą. „Chodźmy do środka.”

NWL i D. właśnie zrobiły robra. Lali to nie bardzo przeszkadza, bo cały czas sadzaliśmy ją naprzeciw okna, żeby mogła widzieć swoje odbicie. Siedzimy i kontemplujemy koniec gry. Nagle zaczyna dzwonić jeden z telefonów. Cichnie po chwili. Wtedy rozdzwania się następny, ale znowu przestaje dzwonić, nim ktokolwiek jest w stanie odebrać połączenie. I kolejny. I kolejny. Wygrzebuję własną komórkę z płaszcza, inni wyciągają własne. Na moment zapada cisza. A potem, jednym głosem, mówimy lub myślimy: „Ko!”.

8.
Nikt niczego nie zauważył. Z fascynacją patrzyłam, jak każdy się z Ko wita. Jak każdy poklepuje Ko po plecach. Jak każdy pyta Ko, gdzie był. Jak – jak – jak… Patrzyłam na jego rozedrgane kontury i na to jak wszyscy to ignorowali. Patrzyłam na jego szczupłe palce w nieustannym nerwowym tańcu. Patrzyłam na jego źrenice rozszerzone z braku snu. Patrzyłam na Ko.
Ko spojrzał na mnie ponad głowami ich wszystkich i tym jednym spojrzeniem powiedział wszystko – swoim milczeniem wykrzyczał do mnie to wszystko, czego pewnie inaczej nie dałby mi rady powiedzieć dzisiaj. Moje rzęsy zatrzepotały i to też był krzyk. Przez chwilę krzyczeliśmy razem.
Ktoś podał Ko butelkę wina, ktoś odpalił mu papierosa. Usiedliśmy wszyscy razem w pobliżu kuchenki gazowej, a D. włączyła światełko w jej wnętrzu. Namiastka kominka. Ko uśmiechnął się połową twarzy i zaśmiał cicho – był to wstęp do kolejnych z jego historii. „Nie uwierzycie, co za noc przeżyłem wczoraj”, powiedział wolno, odmierzając słowa niczym metronom, tak jak tylko on to potrafi. Jednocześnie usłyszałam Ko mówiącego: „Spojrzałem wczoraj w otchłań, a otchłań mnie przyjęła” i jego głos był zachrypły, pełen szumów i brzmień z odległych stepów, pełen pyłu i piasku. Wszyscy ucichliśmy. Pierwszy Ko opowiadał dalej. Drugi spojrzał na mnie przenikliwie i milczał przez chwilę. Jednocześnie przecież był tylko jeden Ko. I tylko jeden głos. I tylko jedna historia. Historia o tym jak się wczoraj upił. A nie historia o tym, kiedy zstąpił w otchłań i o tym, co tam widział (choć może ważniejsze było to czego nie widział?). Pierwsza historia toczyła się gładko i co jakiś czas wyławiałam pojedyncze słowa, druga szarpała moje ciało i wgryzała się w szarą materię ukrytą w mojej czaszce: czasami przyspieszała, czasami zwalniała, ale przecież ciągle trwała, przecież przez cały czas patrzyłam na usta, które wypowiadają dwa zupełnie odmienne słowa w tym samym czasie, patrzyłam na oczy, które wpatrywały się we mnie bez mrugnięcia i na te, które wędrowały spokojnie po twarzach dookoła i uśmiechały się lekko do nich. Nagle sama poczułam to rozwarstwienie i w tym jednym ułamku sekundy wiedziałam, że jedna ja spokojnie zapala papierosa, gdy ta druga zaczyna szlochać i krzyczeć i rzuca się w stronę Ko… Tylko którego? Bo Ko już nie było jednego, nie było ich nawet tylko dwóch. Był ich legion. Niektórzy stali w drzwiach i szeptem wymieniali jakieś uwagi wskazując na to i owo palcami. Inny palił papierosa na balkonie, a jeszcze inny trzymał mnie (drugą mnie) mocno za ramiona i przyciskał do ziemi. Kolejny szeptał mi do ucha bym się nie bała. Jeszcze inny siedział nieopodal i zapewniał, że strach przejdzie. Że się tego wszystkiego nauczę…
Pierwsza ja spokojnie dopaliła papierosa i zaczęła szukać następnego. Nim go odpaliła spojrzała na tę drugą kpiąco.

9.
On przesuwa w moją stronę pustą popielniczkę i pudełko zapałek. Ja (my) wyciągam po nie rękę. Uśmiecham(y) się. On patrzy na mnie spod swych ciemnych brwi i sam zapala papierosa. Mówi lub myśli, że już nie może. Wiem(y) – odpowiadam(y) – jesteś tylko jeden, ja jestem miriadami… Dopalamy do końca nasze papierosy. On wychodzi. Ja biegnę za nim/ ja zostaję na krześle/ ja płaczę/ ja zasypiam/ ja idę się upić – ja robię to wszystko i nie robię nic.


Jesteśmy w lesie. Rozbiegam się na wszystkie kierunki. Bawimy się w chowanego. Ko przystaje naraz we wszystkich miejscach, w których jest i macha do mnie, i może nawet uśmiecha się łagodnie. Jestem wszędzie i nigdzie. Puszczam do niego oko i zaczynam biec w stronę czarnych dziur.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz