Nie mogę spać.
Nie śpię. Już się przyzwyczaiłam. Jest tyle rzeczy, które można w nocy zrobić.
Dzisiaj Te spędza u mnie noc. Przed chwilą dziwnie na mnie popatrzył. Spytał
czy czasem wyłączam muzykę. Spytał czy czasem kładę się tak po prostu, bez
książki. „Nie”, odpowiedziałam, a pomyślałam, rozwijając myśl, że oczywiście,
że nie. Bo po pierwsze to i tak nie miałoby sensu. A po drugie – przecież,
jeśli się kiedykolwiek zatrzymam, to umrę. Zginę. Zniknę. Przepadnę i będę już
tylko chmurą niezorganizowanych atomów. Więc nie, dziękuję. Wolę nie spać. Już
się nawet przyzwyczaiłam.
Ale
powiedziałam tylko to głupie „nie” i na tym skończyła się rozmowa. A potem Te
spał, a ja leżałam i paliłam papierosy. Trochę też byłam zła, że leży w moim łóżku
i śpi, i zastanawiałam się, czemu nie poszedł do domu. Albo chociaż do drugiego
pokoju. Chociaż przecież dobrze wiedziałam, czemu. Więc zacisnęłam zęby i
czekałam świtu. Tak też da radę.
Kiedy niebo
zaczęło już szarzeć za oknem, opadły na mnie tęcze z sufitu. Posplatały się z
moimi włosami, pokolorowały policzki i przez chwilę było trochę tak, jakby mnie
już nie było. Był tylko oślepiający technikolor i biały szum w uszach. Zaczęłam
po cichu liczyć (a skoro liczę, coś liczy, to przecież coś istnieje; coś
przeżuwa tę mantrę matematyczną i nawet akcentuje nieco inaczej liczby pierwsze
i brnie pod górę i stara się żadnej liczby nie opuścić). 789 – i nagle powracam
do świata. Jestem. Wróciłam. Te siedzi na łóżku i patrzy na mnie okrągłymi
oczami. Chcę spytać, o co chodzi, ale jeszcze nie potrafię wydobyć z siebie
głosu. Siadam na łóżku i odpalam papierosa. Te nadal się gapi. Mam straszną
ochotę go uderzyć, ale się powstrzymuję. „Co?”, udaje mi się wychrypieć. On
przełyka ślinę i wskazuje palcem moją lewą rękę. Podążam wzrokiem za tym
ruchem. Mojej ręki nie ma. Kurwa. Spalam w ciszy papierosa do końca, po czym
zamykam oczy. Zaczynam zapominać. Zaczynam zapominać od momentu, w którym oboje
patrzymy na brak mojej ręki. Potem są liczby, są też tęcze. Jest też noc, są
papierosy, jest dziwne spojrzenie Te. Na wszelki wypadek cofam się jeszcze
kilkanaście godzin – zapominam wszystko, co wydarzyło się od zeszłego poranka…
2.
Jest kawa. To
dobry początek. Na kanapie siedzi Alla i patrzy tępo przed siebie. Ma rozczochrane
włosy i rozmazane oko. „Jak się czujesz?”, pytam szukając czystych kubków. „Tak
jak wyglądam… Jak wyglądam?”, automatycznie prostuje się i zaczyna zapinać
guziki koszuli. Na szyi ma ślady po moich ugryzieniach – są jednak zbyt wysoko
żeby zasłonił je kołnierz. „Pięknie, kochanie”, może by mi uwierzyła, gdybym
chociaż na nią spojrzała, ale właśnie robię nam kawę. Za plecami czuję
poruszenie i nagle dwie obce ręce mnie obejmują. Staram się nie wzdrygnąć – po
prostu nieruchomieję. Jest już widno i tak ciężko mi mieć ostre kontury; jest
już widno i nie chcę żeby mnie ktokolwiek dotykał. A przede wszystkim - chcę
zapalić.
Ona odsuwa się
ode mnie po chwili bez słowa i patrzy długo – szuka czegoś w mojej twarzy.
Stoimy tak w szarym, jeszcze niedojrzałym świetle i żadna z nas nie mruga. W
końcu ona wzrusza ramionami, zakłada kurtkę i idzie w stronę drzwi. To dobrze.
Nasz paradygmat nie ulega zmianie.
Dopijam kawę.
Przez dłuższą chwilę szukam lewego buta. Dopijam drugą kawę (tę, którą zrobiłam
dla Alli). Wychodzę. Na klatce schodowej mijam sąsiada - kiwam do niego głową,
on mruczy coś niezrozumiale pod nosem. Mijamy się nie patrząc sobie w oczy.
Popycham frontowe drzwi i połyka mnie oślepiające słońce.
Ka siedzi na
ławce i nerwowo przewraca strony jakiejś książki. Obgryza paznokcie. Staję nad
nim i mój cień wypełnia biel między literami. Podaję mu papierowy kubek z kawą.
Ka unosi brew i patrzy na mnie nieco dłużej niż powinien. „Wyglądasz jak trup”,
stwierdza po dłuższej chwili. Zamyka z trzaskiem książkę i chowa do plecaka.
Robi to za szybko i nadal nie znam jej tytułu. Siedzimy przez dłuższy czas w
ciszy i wpatrujemy się w niebo nad nami: cała ta niebieskość, cała ta
jaskrawość, wlewa nam się do oczu i przetacza falami przez wnętrze naszych
głów. Zezem spoglądam na powietrze, które wydychamy i ono też jest niebieskie i
miękko miesza się z dymem, który niespiesznie ucieka mi przez nos. Mogłabym tak
siedzieć dłużej, nie odzywać się i tylko patrzeć – może ten spokój tkanek i
cichy szum krwi wrosłyby we mnie, stały się mną i pozwoliły mi być czymś nowym
i lepszym… Ale chwila umyka – wraz z kaszlem wstrząsającym całym ciałem Ka.
Powoli się podnosimy i ruszamy w stronę rzeki. Udaję, że nie widzę krwi na
wnętrzu jego dłoni.
Któreś z
bliźniaków stawia przed nami piwa. Wszyscy coś mówią jednocześnie: wiatr
rozdmuchuje i te słowa i dym z naszych papierosów. Zza zasłony własnych rzęs
obserwuję Ka: jego szare oczy i szare policzki, zresztą wszystko wydaje się w
nim być szare dzisiaj (może tylko poza jego ustami, które są przecież czerwone:
tak czerwone jak maki, które rosły niedaleko mojego domu w tym innym kraju; tak
czerwone jak zachód słońca dwa dni temu; tak czerwone jak ta krew, która ukrywa
się we wnętrzu jego dłoni). Prim i Bis zaczynają śmiać się głośno i trzęsą całym
stolikiem. Piwo wylewa się ze szklanek i blat wygląda teraz jak tafla jeziora –
mieni się różnymi kolorami w słońcu i załamuje światło i czas, nasze życie i
nasze oddechy, nasze myśli i nasze słowa. Leniwie wyciągam rękę, żeby uratować
paczkę papierosów. I telefon. Ale przede wszystkim – papierosy.
Te pojawia się
znikąd. Klepie Ka po ramieniu a ja brzydko krzywię się na ten widok, bo
wyobrażam sobie, że ten gest czyni niesamowite spustoszenie we wnętrzu Ka. Prim
albo Bis przysuwa kolejne krzesło, a ja wstaję żeby przynieść następne piwo.
Półki nad
barem mienią się zielonymi i brązowymi butelkami. Staję na chwilę w progu, tam
gdzie przebiega granica między światłem i cieniem, mrużę oczy i wypuszczam całe
powietrze z płuc. Prostuję wszystkie palce i rozsuwam je jak najdalej od
siebie. „2, 3, 5, 7, 11, 13, 17, 19, 23…”, liczę po cichu, gdy nagle ktoś
dotyka delikatnie mojej szyi. „29”, kończy za mnie Te i zamyka moje dłonie.
Stoimy tak jeszcze przez chwilę, promienie słoneczne otaczają jego głowę
aureolą, przenikają przez jego skórę, ogrzewają krew w żyłach i w jakiś sposób
sprawiają, iż wygląda jak święty. Sama nie wiem kiedy zaczynam płakać.
Oni rozmawiają
o jakimś palącym problemie: rozszerzaniu się wszechświata a może o Wzorze Na
Wszystko. Patrzę spod półprzymkniętych powiek i nie bardzo ich słucham.
Zaczynam mrugać w rytm własnego oddechu i za każdym razem, gdy zamykam oczy,
wyobrażam sobie, że przestaję istnieć. A może to oni giną? Trochę kręci mi się
w głowie. Głośno wydmuchuję dym i prostuję się na krześle. Gdzieś w oddali
zapalają się latarnie. Ich pomarańczowe światło obrysowuje miękko kontury
naszych ciał i wydajemy się trochę bardziej dwuwymiarowi niż przed chwilą. W
tym samym momencie Ka zaczyna kaszleć i wszyscy zamieramy. Zaciska palce lewej
dłoni na oparciu krzesła, a prawą stara się szczelnie zakryć usta. Te pomaga mu
wstać i obaj powoli się oddalają. Każdy ich krok to jedno kaszlnięcie Ka. Nie
jestem w stanie tego dłużej powstrzymać, więc zaciskam oczy i zaczynam
krzyczeć. Mój krzyk budzi wiatr i rozdziera chmury, mój krzyk podąża za ptakami
lecącymi na południe i przedziera się przez taflę wody, by uderzyć o dno rzeki.
Mój krzyk kruszy cegły i strząsa tynk ze ścian. Bliźniaki przyciskają mnie do
ziemi i szepczą do ucha uspokajające kłamstwa.
Siedzimy
zwróceni do siebie plecami, tak by nie widzieć swoich twarzy. Każdy mój wdech
jest wydechem Ka, każdy mój wydech jego wdechem. On wykręca swoją rękę do tyłu
i stara się mnie pogłaskać po policzku. Zapalam papierosa, słyszę klikot
zapalniczki i wiem, że on właśnie powtórzył mój gest. Więc siedzimy wsparci
plecami nawzajem o siebie i w ciszy zaciągamy się dymem. Chcę coś powiedzieć,
ale nie jestem w stanie nawet tego pomyśleć, więc nadal milczę. Po cichu i tylko
dla siebie wymieniam po kolei: „0. 1. 1. 2. 3. 5. 8. 13. 21. 34…”. „55. 89.
144…”, płuca Ka świszczą przy każdym słowie. Przy 233 podnosi się z podłogi i
staje przede mną. Dłońmi zakrywa moje uszy i długo patrzy mi prosto w oczy. Nie
mrugamy. Trwa to kilka sekund albo godzin. W jego źrenicach odbijają się moje
oczy, w tych zaś chowa się obraz jego oczu, w których kryją się moje, w których
schowane są jego… Nasza własna prywatna nieskończoność.
Nagle Ka
prostuje się i uśmiecha smutno. „Muszę iść.” Zaprzeczam ruchem głowy. Rusza w
stronę drzwi, a ja idę za nim. Kiedy mijamy salon zagląda do niego i macha
pozostałym na do widzenia, „Te, zaopiekuj się nią”. Tamten podnosi się niemal
natychmiast i staje obok mnie jak pieprzony anioł stróż. Słyszę trzask zamykanych
drzwi i kątem oka widzę dłoń Te, która zbliża się do mojego policzka.
„Przepraszam”, myślę lub mówię i zagryzam zęby na jego kciuku. On syczy i
odskakuje do tyłu. W tym momencie ruszam biegiem do wyjścia. Na klatce
schodowej skaczę po kilka stopni naraz, z impetem wpadam na ostatni podest i
nagle czuję, że świat dookoła mnie zaczyna drgać, trzęsie się jak w febrze i
wypluwa na mnie strugi kolorowego powietrza. Potykam się i kiedy już leżę
twarzą do ziemi przez chwilę jest trochę tak jakby mnie nie było. Jest tylko
tęcza i biały szum. W kółko zaczynam powtarzać alfabet, bo jeśli alfabet jest
mówiony i po każdym ‘a’ jest ‘b’, a po każdym ‘b’ jest ‘c’, to przecież coś
musi istnieć i to coś właśnie wymienia te wszystkie litery. Gdzieś w połowie
trzydziestej pierwszej rundy (między ‘n’ i ‘o’) powracam do świata. Nade mną
stoi Te i nadal ssie swój palec, bliźniaki zaglądają mu przez ramię. Żadne z
nich nic nie mówi, ale ja już wiem, co się stało i tylko pro forma obrzucam spojrzeniem własne kończyny. Jest ich tylko
trzy. Ze złością syczę przez zęby i zaczynam zapominać. Zapominam o upadku i
zapominam o tym jak ugryzłam Te. Zapominam o godzinach spędzonych w kuchni z
Ka. Zapominam o wieczorze nad rzeką. Na wszelki wypadek zapominam jeszcze
trochę – aż do samego rana…
3.
Alla leży na
brzuchu i oddycha spokojnie. Patrzę na nią przez chwilę w ciszy, po czym bardzo
ostrożnie wstaję z łóżka. Ona mówi coś przez sen i na moment obawiam się, że ją
obudziłam. Ale nie, śpi nadal. Ubieram się pospiesznie, tracę kilka bezcennych
minut na znalezienie lewego buta. Potem otwieram bardzo cicho drzwi i wychodzę
na klatkę schodową. Kiedy jestem już na samym dole, spotykam sąsiada. Mijamy
się bez słowa, kiedy przytrzymuje mi drzwi. Wychodzę na ulicę i połyka mnie
oślepiające słońce.
Światło tańczy
wśród liści i kompletnie rozproszone spada na chodnik. Rozchylam usta i
pozwalam zimnemu powietrzu uderzyć w moje zęby: rozsmarowuje je potem na
podniebieniu, gdzie miesza się z moją śliną tuż przed tym nim ją połknę. Ka
siedzi zgarbiony na ławce i wystukuje nogą jakąś tylko dla niego słyszalną
melodię. Podchodzę do niego i mój cień pada na karty książki, którą ma
rozłożoną na kolanach. Unosi głowę i uśmiecha się krzywo do mnie. „Wyglądam jak
trup, wiem”, mówię. Ka schyla się i wyczarowuje spod ławki dwa papierowe kubki
z kawą – podaje mi jeden z nich. Potem bardzo szybko zamyka książkę i chowa ją
do plecaka, wstaje: „Chodźmy popatrzeć na kaczki”.
Zapalam
papierosa i puszczam kółka z dymu. Wysyłam je niczym w procesji w stronę
bezchmurnego nieba. Ten błękit wciska nam się do oczu i wypełnia głowy. Mój
oddech zrównuje się z oddechem Ka i teraz oddychamy już wspólnie. Zaczyna wiać
wiatr ze wschodu. Mogłabym tak stać, w tej milczącej jaskrawości, w tym
utlenieniu, przetlenieniu i nadtlenieniu jeszcze długo – ale chwila umyka, wraz
z kaszlem wstrząsającym całym ciałem Ka. Cierpliwie czekam aż powróci do niego
oddech. Między nami, niczym kwiat maku, wisi jego otwarta dłoń umazana krwią.
Któreś z nas wzrusza ramionami, drugie zapala papierosa. Ruszamy powoli w
stronę miasta.
Prim i Bis
chyba się o coś kłócą. To zaraz minie, jak każda z ich kłótni, więc stajemy
nieco z boku i czekamy w milczeniu. Bliźniaki milkną na chwilę, mierzą się
gniewnym wzrokiem, po czym wybuchają głośnym, niepohamowanym śmiechem. Ich
śmiech wznosi się w górę i odbija echem od budynków niczym modlitwa muezzina.
Przechodnie odwracają w naszą stronę głowy, niektórzy przystają i machają do
nas nieśmiało, inni odsuwają od uszu telefony i przymykają oczy. Powietrze
wibruje. Ka trzyma rękę na swojej klatce piersiowej, ja zamykam oczy i w
myślach obrysowuję grubą, czarną kreską własne kontury. Dwoje niewiernych w
świętym miejscu. Profanum versus sacrum. Ka ciągnie mnie za rękaw w stronę
pobliskiego baru. Po chwili bliźniaki podążają za nami.
Te czeka już
na nas w środku. Chemiczne pomarańczowe światło spowija jego sylwetkę i wygląda
trochę jakby był zrobiony ze spiżu. Zajmujemy okrągły stół w rogu. Naprzeciwko
mnie siedzi Ka, półprzeźroczysty i ledwie widoczny w panującym tu półmroku.
Bliźniaki mówią jednocześnie do niego, a on uśmiecha się pobłażliwie i
wyglądałby może całkiem normalnie, gdyby nie jego lewa dłoń kurczowo zaciśnięta
na blacie.
Po cichu
wstaję od stołu i wychodzę na zewnątrz, żeby zapalić. Moje dłonie formują
pięści. „1. 4. 9. 16”, każda liczba to kolejne uderzenie mojego serca. Te staje
przede mną i przesłania zachód słońca. Przez chwilę mierzymy się wzrokiem i
żadne z nas nie chce mrugnąć. „Sto…” wymierzam mu policzek, „Sześćdziesiąt…”
moja pięść ląduje na jego klatce piersiowej, „Dziewięć!” znów staram się
uderzyć go w twarz, ale łapie moje ręce i trzyma w niedźwiedzim uścisku póki
się nie uspokoję. Sama nie wiem kiedy zaczynam płakać.
Ka patrzy na
mnie ponad stołem i chyba opowiada o jakiejś książce. Nie mogę się do końca
skupić, więc tylko potakuję od czasu do czasu i staram się przybrać mądry wyraz
twarzy. Obraz i dźwięk docierają do mnie z opóźnieniem: zmienione, wypaczone i
niepełne. Nagle ciało Ka zaczynają przebiegać gwałtowne wstrząsy, ale mija
dobra chwila nim jestem w stanie dopasować do tego dźwięk jego kaszlu.
Bliźniaki zamierają i ich oczy robią się jeszcze bardziej okrągłe, bardziej
dziecinne niż zazwyczaj. Te wstaje od stołu i podciąga na krześle Ka, pomaga mu
się podnieść. Wychodzą na zewnątrz. Teraz cały świat zamilkł. Siedzę nieruchomo
i patrzę na drzwi. Nabieram duży haust powietrza do płuc i zaczynam krzyczeć.
Za plecami słyszę pękające butelki i szklanki roztrzaskujące się na ziemi. Prim
i Bis zatykają mi usta i nos i czekają aż stracę przytomność.
Ka leży razem
ze mną na łóżku. Palcem wskazującym obrysowuje linię mojego nosa. Żadne z nas
się nie odzywa. Jest bardzo cicho. Czekam aż słowa poskładają się w mojej
głowie same – nim wypowiem je na głos. Trochę bezmyślnie i drugoplanowo mówię
sama do siebie: „1-4-1-5-9-2-6-5-3-5-8-9-7-9-3-2…”. „3-8-4-6”, Ka przysuwa się
do mnie i czuję jego rzęsy na moim policzku. Zamykam oczy i wyobrażam sobie, że
to motyl usiadł mi na twarzy. Chwila trwa: może to kilka minut, może kilka
godzin. Nagle motyl podrywa się do lotu. Ka zaczyna wstawać, ale łapię go za
rękę. „Zostań na noc” proszę. On kiwa przeczącą głową, ale opada z powrotem na
poduszki. Leżymy nieruchomo, niczym owady ponabijane na szpilki, i chyba się do
siebie uśmiechamy.
Pomruk
rozpadających się atomów wypełnia nocną ciszę. Wszystko dookoła zaczyna się
trząść a z sufitu opadają wielkie płaty różnokolorowego tynku. Ka głaszcze mnie
po głowie i chyba kaszle. Fiolety i błękity wciskają mi się do ust i próbują
udusić. Przez chwilę jest trochę tak jakby mnie nie było, choć przecież nadal
słyszę ten cholerny kaszel. A jeśli jest słyszany, to przecież coś musi go
słyszeć. Więc chyba nadal jestem, prawda? Słucham więc tego kaszlu i czekam. W
końcu, trochę niechętnie, świat powraca. Obok mnie leży Ka i uśmiecha się
słabo. Ma bańki rdzawej śliny na ustach. Nie mruga. Całuję wnętrze jego dłoni i
zaczynam zapominać…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz