niedziela, 25 maja 2014

Low story

0.
Mówię ci, nie dotykaj. Nie głaszcz. Nie całuj. Nie patrz, tak po prostu i bez żenady, prosto w oczy. Odwróć ten wzrok. Najlepiej odwróć się cały i idź sobie. Nie odzywaj się, bo te słowa będą i tak tylko zasłaniać milczenie. Nie, nie siadaj. Nie próbuj złapać mojej dłoni. Nie kaszl. Nie wzdychaj. Nie ruszaj się; nie wierć się. Idź sobie. Proszę idź sobie…
W kuchni zaczyna gwizdać czajnik, a ja nadal tylko stoję i wbijam wzrok w podłogę. Słyszę jak on wstaje i idzie przygotować herbatę. Jakaś część mnie chce wykorzystać tę chwilę i uciec, może wyjść z mieszkania, schować się pod stołem. Ale nie, dalej stoję nieruchoma, kamienna, z pochyloną głową i niekończącym się monologiem wewnętrznym. Nic z tego nie wycieka na zewnątrz. Nie może. Wstrzymuję nawet oddech i staram się zatrzymać cały ten tlen w sobie, przeżuć go ponownie – wykorzystać tak, żeby nic z niego nie zostało; żeby to wszystko, co jest we mnie, pozostało tam: w ukryciu, w mroku, w ciszy.
On wraca, z dwoma kubkami, siada daleko ode mnie i też milczy. W ciszy sięga po papierosa. Kątem oka widzę jak szuka zapalniczki. Mam przynajmniej dwie w kieszeni i chciałabym móc mu je zaoferować, ale nadal nie mogę się ruszyć, nie potrafię wypowiedzieć zdania, nie umiem wykonać milczącego gestu.  On w końcu rezygnuje i tylko siedzi, z papierosem między palcami i patrzy w brudne okno. Zmierzcha.
Światło blaknie i blednie w pokoju, rozmywa się w szarościach i fioletach, nadaje miękkości meblom i naszym twarzom. I w tej miękkości, w tej szarości i w tym rozmyciu przechodzi przeze mnie impuls elektryczny: szeroko otwieram oczy i rozchylam usta, moje nogi same zaczynają się poruszać. Jakby z boku obserwuję siebie samą jak podchodzę do łysej lampy w rogu pokoju i zapalam światło. W pomarańczowym, chemicznym blasku odwracam się i tym razem podchodzę do niego i podaję mu zapalniczkę. Sięgam po kubek z zimną herbatą i siadam przy stole. Niemal automatycznie podnoszę papierosa i wkładam go do ust.
- Przepraszam – mówię. On wzrusza ramionami i uśmiecha się słabo. Milczeniem przepraszam za własne milczenie, bezruchem za wcześniejszy bezruch. Dym wypływa mi przez nos i trochę łzawią mi oczy. Odchylam głowę do tyłu i ukrywam swoją twarz w cieniu.
- Po prostu czasem tak jest… - zaczynam, ale on macha dłonią (tą z papierosem – dym układa się w nierówne horyzontalne linie) i mi przerywa.
- Wiem. Czasem tak jest. Nie tłumacz. Wszystko jest w porządku – wstaje i wyciąga do mnie dłoń. Przez chwilę patrzę na jego długie palce poplamione farbami, na poobgryzane paznokcie. Wstaję i pozwalam mu się przytulić. On udaje, że nie widzi moich łez, ja w końcu znajduję miejsce, gdzie mogę bezpiecznie ukryć twarz. Słabe światło latarni ulicznych wpada przez okno do środka i przytula się do naszych grzechów.

-1.
Promienie słoneczne są ostre i jasne jak szkło. Rozsypują się dookoła nas i z cichym grzechotem uderzają w chodnik. Stoimy na ulicy i mierzymy się wzrokiem. On właśnie skończył swoją tyradę, więc unoszę dłoń i zakrywam nią usta. Szeroko otwieram oczy i lekko zezuję. Głośno wzdycham, oddycham i wydycham – hiperwentylacja w swoim apogeum. Ludzie patrzą na nas i bardzo po cichu starają się wyminąć, zejść z drogi, pozostać niezauważonymi. Ich twarze są poważne i nieruchome i tylko nerwowo tańczące oczy zdradzają, że obserwują, że wchłaniają, że oceniają. Nie potrafię dłużej być poważna i wybucham śmiechem. On obejmuje mnie ramieniem i nie patrząc za siebie zaczynamy iść w stronę centrum. Jakiś mężczyzna puka się w czoło, gdy go mijamy. Puszczam do niego oko, chociaż wiem, że niczego to nie tłumaczy. To nic. Nikomu nie musimy nic tłumaczyć. Gra dla dwojga. Sport ekstremalny. Kłótnie na-niby.
Znajdujemy ławkę w parku. On sadza mnie sobie na kolanach i przez chwilę obserwujemy jak para naszych oddechów łączy się ze sobą, by powoli zacząć wznosić się do nieba. Wszystko wygląda dzisiaj tak świeżo: nad miastem rozlewa się wyprany błękit, spaliny wypluwane przez samochody mają ostre i jasne kontury i nawet powgniatane śmietniki wydają się czyste i sterylne. Nasze splecione palce wydają się bardziej blade, a na nadgarstkach elegancko i wyraźnie prześwitują nasze żyły. Cały świat odkażony, niczym zalany wybielaczem, z powietrzem, które smakuje zimą i mrozem. Cały świat - cichy, poważny i niemal bezwonny.
Rozchylam usta i pozwalam temu powietrzu wlać mi się do buzi, przylepić do moich zębów, napełnić płuca. On jak zwykle marszczy brwi i zaczyna nucić jakąś bliżej nieokreśloną melodię. Kciukiem obrysowuje moje usta i smutno się uśmiecha.
- Cokolwiek teraz powiem – zniszczy tę chwilę – z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyciąga paczkę papierosów i podaje mi jednego – Nawet moje mówienie teraz, że mówienie będzie zaczątkiem destrukcji, jest destrukcją samą w sobie…
- Czemu?... – zaczynam, ale on ucisza mnie pocałunkiem w usta.
- Bo przecież wiesz, co pomyślałem, co chciałem powiedzieć. Dlatego nawet gdybym dalej milczał, przecież i tak byś wiedziała. I to by chyba było jeszcze gorsze, niż gdybym się odezwał. Bo wtedy znowu by było tylko to milczenie, a ty byś tylko posmutniała, a ja pewnie bym tylko się głupio uśmiechał i może trochę za mocno ściskał twoją dłoń… A tak, w ten sposób, mówię, więc nie ma ciszy, a jednocześnie nie mówię tego, co i tak oboje wiemy, więc jest trochę lepiej. I ty nadal siedzisz tu ze mną i nie uciekasz. Więc mówimy o niemówieniu, mówimy didaskalia, mówimy to, co jest komentarzem do tego wszystkiego, co moglibyśmy powiedzieć. Jesteśmy na bocznym torze. Na chwilę jesteśmy bezpieczni – palcem wskazującym dotyka czubka mojego nosa i podnosi wzrok, zagląda mi w oczy. W tęczówkach jego oczu pływa złoto promieni słonecznych i moje odbicie. W milczeniu głęboko zaciąga się papierosem i puszcza kilka kółek z dymu – I jeśli rzeczywiście teraz istnieje tylko didaskalia, didaskalia, które może nie jest prawdziwym życiem, prawdziwym byciem-w a tylko byciem-obok – to może takie bycie-obok może sprawić, że przeciągniemy tę chwilę szczęścia i perfekcji, tę chwilę, kiedy ty nie jesteś smutna i kiedy ja mogę po prostu patrzeć na ciebie i dotykać twojej twarzy albo ściskać twoje palce – to w tych didaskaliach mogę po prostu obserwować fakty, mogę stwierdzać oczywistości, mogę na głos opowiadać to, co widzę… Na przykład to, że jesteś piękna.
Całuję jego oczy za to, że tak pięknie kłamią. Potem całuję jego usta, za to wszystko, czego nie powiedziały. Życie przetacza się nad nami wielką falą – jednak nas nie porywa. Stoimy z boku i opisujemy sobie nawzajem to, co dzieje się dookoła. Potem idziemy na kawę.

-2.
Budzę się, kiedy jest jeszcze ciemno. Przez chwilę leżę nieruchomo i słucham jego równego, spokojnego oddechu. Zastanawiam się przez kilka minut, co mu się śni. Być może w tym śnie jest eugleną i żywi się światłem promieni słonecznych. Albo, być może, jest aksolotlem – jak w opowiadaniu Cortazara. I z bezpiecznej odległości, zza szyby akwarium, obserwuje świat. I jest tym patrzeniem i niczym więcej. Patrzenie jako istota, warunek i rezultat bycia. Tak też może być.
Rozplatam nasze dłonie i powoli wstaję. W drodze do łazienki zaglądam do kuchni, gdzie suszą się jego ostatnie obrazy. Ze wszystkich płócien patrzy na mnie smutno moja własna twarz. Macham do nich wszystkich z progu, ale nie wchodzę do środka. Na razie nie chcę nikogo widzieć, z nikim rozmawiać. Pieką mnie oczy i trzęsą mi się ręce. W łazience zamykam drzwi na klucz i odkręcam kran w wannie. Muszę podkurczyć nogi, żeby położyć się na jej dnie. Woda podnosi się niespiesznie i zaczyna powoli połykać moje ciało. Ciepło oblewa mój brzuch i przemywa zadrapania na moich ramionach. Spokojnie przepływa między moimi włosami i wlewa się do uszu. Nabieram powietrza do płuc, palcami zatykam nos i zanurzam się pod wodę. Z tej perspektywy wszystko wydaje się trochę bardziej trójwymiarowe i ma bogatszą teksturę. Wypuszczam całe powietrze w jednym, krótkim, oszczędnym krzyku. Mój głos przeobraża się w okrągłą, średniego rozmiaru bańkę, która szybko odnajduje swoją drogę ku powierzchni. Moje policzki są pod wodą, więc mogę udawać, że nie płaczę. W bezruchu i na bezdechu, na dnie tej starej wanny, tak jak co dzień, pozwalam mojemu wnętrzu wyciec na zewnątrz. Kiedy mgła zaczyna zasnuwać mój wzrok, siadam gwałtownie, rozlewając wodę dookoła i niemal w panice robię wdech. Dobrze wiem, że mam czerwone oczy i prawdopodobnie brzydko wykrzywiam usta. To nic. Wyciągam korek z wanny i czekam aż cała woda zniknie w odpływie. Potem jeszcze długo w niej siedzę i trochę się trzęsę z zimna, ale nie mam siły wstać. Obserwuję jak moje paznokcie nabierają sinej barwy, takiej jak grudniowe niebo.

-3.
Łóżko wygląda trochę jak gniazdo, ze swoimi wszystkimi kocami, poduszkami i wygniecioną kołdrą. Przesuwam się na jego środek i rozrzucam ramiona. Przez chwilę udaję, że jestem ptakiem. On pochyla się nade mną i całuje w czoło. Znowu ma na sobie ten smutny uśmiech i zamyślony wzrok. Przez chwilę myślę, że coś powie, ale on opada z powrotem na poduszki i wraca do czytania swojej książki. Przekręcam się na bok i podglądam go zza pomarszczonego prześcieradła. Ciepły szary półcień sprawia, że wygląda jak święty z ikon. Zmęczony, zmartwiony i zużyty. Szelest przewracanych kartek papieru przywodzi mi na myśl szept odmawianego różańca. Patrzę na niego, a w głowie układam zdanie. Nim jednak mam je w pełni przygotowane, on zamyka z trzaskiem książkę i przysuwa się do mnie. Nasze twarze są zawieszone zaledwie kilka centymetrów od siebie. Zagląda mi prosto w oczy i przez chwilę żadne z nas nie mruga.
- Nie – mówi i odgarnia włosy z mojego czoła. Chcę zaprotestować, chyba coś powiedzieć, ale zamiast tego podnoszę się na łokciach i go całuję. On gryzie moją dolną wargę a jego palce delikatnie głaszczą tył mojej szyi. I przez jakiś czas nic nie mówimy i tylko zagrzebujemy się coraz głębiej i głębiej w te wszystkie koce i poduszki, w prześcieradła i kołdrę.
Jest prawie druga nad ranem, gdy, niczym sowy, opuszczamy nasze gniazdo. Nastawiam wodę na herbatę, on odpala dla nas dwa papierosy. Siadam w kucki na krześle przy kuchennym stole, bo nadal jest we mnie więcej z ptaka niż z człowieka. On przekłada kilka z obrazów i siada naprzeciwko mnie. Przez chwilę palimy w milczeniu. Po chwili on kręci przecząco głową i znów mówi:
- Nie.
Ze stołu podnosi blok i zaczyna coś niedbale szkicować.
- Nie – powtarza i kiedy myślę, że już nic więcej nie powie, odkłada blok i dodaje – Nie, nie byłbym szczęśliwszy.
- Nie wiesz tego – mówię tak cicho, że ledwie siebie samą słyszę – Może znalazłbyś coś trochę innego, może istniałaby różnica gatunkowa, ale takich rzeczy jak szczęście nie można porównywać… No bo jak?
- Ale można szczęście stopniować, prawda? Być szczęśliwym, szczęśliwszym i najbardziej szczęśliwym – znowu podnosi ołówek i wraca do swojego rysunku. Ja odpalam kolejnego papierosa i odwracam wzrok do ciemnego okna, w którym poruszają się nasze ciemne rozmazane odbicia.
- Czasami próbuję wyobrazić sobie jakby było gdyby… - tu zawiesza głos i wykonuje nieokreślony gest w moją stronę - … Ale zawsze wtedy muszę sobie zadać pytanie, czy byłabyś po prostu inną wersją samej siebie, czy może jednak byłabyś kimś zupełnie innym?... I może ja też byłbym inny?... – Wzruszam ramionami i pukam się w czoło. On odkłada ołówek i bierze do ręki węgiel - Oczywiście są momenty, kiedy wydaje mi się, że byłoby wspaniale, że tyle rzeczy stałoby się lepszymi, że jakiś ciężar, to odium smutku i lęku, zostałby podniesiony z naszego życia. Jednak, co jeśli ten aspekt jest tym, co nie jest tylko dodatkiem, a jednym z warunków istnienia mnie, ciebie, nas? Wiem, wiem, brzmi trochę strasznie. Ale przecież nie twierdzę, że to coś, co nas definiuje. Może jednak być składową, prawda? A może po prostu jesteśmy najlepszym możliwym rozwiązaniem dla siebie nawzajem?
- Ja dla ciebie czy ty dla mnie?
- I ja dla ciebie i ty dla mnie, kochanie. Pozwól, że zadam ci pytanie – czy jesteś ze mną szczęśliwa? Albo nawet – czy byłabyś szczęśliwsza beze mnie?
- Jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której byłabym szczęśliwsza – zaczynam powoli. On uśmiecha się smutno, ale pozwala mi mówić dalej – Byłabym szczęśliwsza wiedząc, że ty jesteś szczęśliwszy…
- Kocie, to się nazywa miłość! – On prostuje się na krześle i podaje mi blok - Quod erat demonstrandum.
Spuszczam wzrok na jego rysunek. Z kartki patrzy na mnie moja własna twarz. Nie umiem zdecydować, czy to ona płacze, czy może jednak to ja.

-4.
Kolejny ciemny poranek. Siadam na łóżku zupełnie przytomna, mój wzrok stopniowo przyzwyczaja się do panującego półmroku. Wstaję i staram się bardzo cicho wyjść z pokoju, o nic się nie potknąć, nie narobić hałasu, nie obudzić go. W łazience natychmiast odkręcam wodę, po czym staję przed lustrem. W trakcie, gdy wypełnia się wanna, ja długo patrzę sobie sama w oczy.  Brzydko się krzywię i szeptem obrzucam najgorszymi wyzwiskami. Skóra na ramionach zaczyna mnie palić i zaczynam się drapać. Przez chwilę są tylko twarde krawędzie moich paznokci i warstwa martwej tkanki pod nimi.
 Zakręcam wodę i wchodzę do wanny. Moja skóra nabiera barwy szkarłatu, gdy woda parzy moje stopy, moje uda, mój brzuch i moje ramiona. Syczę z bólu i muszę zagryźć wargi, żeby nie krzyknąć. Dolewam trochę zimnej wody, temperatura spada. Nabieram powietrza do płuc, zatykam nos i kładę się na dnie. Luźne pasma włosów unoszą się dookoła mnie jak ciemny dym. Otwieram usta do krzyku i dokładnie w tym samym momencie czuję czyjeś palce zaciskające się na moim ramieniu, ktoś mnie wyciąga na powierzchnie, a mój krzyk, już nie spod wody, ale wolny i nieograniczony żadnymi barierami, odbija się od wykafelkowanych ścian. On mnie mocno obejmuje i przeciera dłonią moją twarz. Chcę go odepchnąć, chce żeby wyszedł, żeby się odwrócił i mnie zostawił w spokoju. Nie mam jednak na to siły, więc tylko zaciskam powieki i zastygam w bezruchu. Woda, która ścieka z moich włosów miesza się z moimi łzami: ścieka mi po szyi i kapie z brody. To nic, tak też może być.
- Nie – on przerywa wszechobecną ciszę – Nie – powtarza i lekko mną potrząsa. Unoszę głowę i patrzę mu prosto w oczy. Jestem taka zła, jestem taka wściekła. Chcę mu to powiedzieć, ale on jest szybszy. Nabiera głęboki wdech i zupełnie niespodziewanie zaczyna krzyczeć. Wydobywa z siebie nieartykułowane dźwięki, które szybko wypełniają całe pomieszczenie, odbijają się od ścian i wprawiają w drżenie membranę wody, w której siedzę. Cały czas nie spuszcza ze mnie wzroku. Trwa to może tylko minutę, potem zapada cisza, która dzwoni nam w uszach. Wstaję a on owija mnie ręcznikiem i zanosi z powrotem do łóżka.
- Nigdy nie miałeś tego widzieć – mówię powoli i jak zwykle za cicho – To należy tylko do mnie.
- Wiem.
- Nie naprawisz mnie – sięgam po papierosa i go zapalam. Trzęsą mi się ręce.
- Wiem – on odlepia mokre włosy z mojej twarzy.
- Nie wiesz. Jakbyś wiedział nigdy byś tam nie wszedł – odsuwam się do tyłu i patrzę na niego wyzywająco. Dym tka między nami siną pajęczynę.
- Wiem. Zawsze też wiedziałem o tych porankach. Twój krzyk jest już stałym elementem mojego dnia – uśmiecha się smutno.
- Jak?... – Zaczynam, ale nie kończę. No tak. Jakoś nigdy nie przyszło mi to do głowy. Część złości zwracam teraz przeciwko samej sobie. Głupia, głupia, głupia…
- Nie rozumiesz. Nie chcę żebyś się zmieniała. Po prostu bądź…
- To jest czasem najtrudniejsze…

- Wiem – mówi po raz kolejny. Obejmuje mnie ramieniem i opadamy na poduszki. On sięga po jedną z książek i otwiera gdzieś po środku. Zaczyna ją czytać na głos. Gdy tak leżymy przez chwilę zastanawiam się czy spytać go jeszcze raz czemu akurat dzisiaj rano wszedł do łazienki? I czemu krzyczał? Ale przecież ja też dobrze wiem. Więc tylko mocniej się do niego przytulam i może zaczynam płakać. On nie przerywa czytania. Przez okno wpadają do pokoju pierwsze promienie słoneczne. Rozsypują się po dywanie i mienią złotem w naszych oczach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz