0.
Mówię ci, nie
dotykaj. Nie głaszcz. Nie całuj. Nie patrz, tak po prostu i bez żenady, prosto
w oczy. Odwróć ten wzrok. Najlepiej odwróć się cały i idź sobie. Nie odzywaj
się, bo te słowa będą i tak tylko zasłaniać milczenie. Nie, nie siadaj. Nie próbuj
złapać mojej dłoni. Nie kaszl. Nie wzdychaj. Nie ruszaj się; nie wierć się. Idź
sobie. Proszę idź sobie…
W kuchni
zaczyna gwizdać czajnik, a ja nadal tylko stoję i wbijam wzrok w podłogę.
Słyszę jak on wstaje i idzie przygotować herbatę. Jakaś część mnie chce
wykorzystać tę chwilę i uciec, może wyjść z mieszkania, schować się pod stołem.
Ale nie, dalej stoję nieruchoma, kamienna, z pochyloną głową i niekończącym się
monologiem wewnętrznym. Nic z tego nie wycieka na zewnątrz. Nie może.
Wstrzymuję nawet oddech i staram się zatrzymać cały ten tlen w sobie, przeżuć
go ponownie – wykorzystać tak, żeby nic z niego nie zostało; żeby to wszystko,
co jest we mnie, pozostało tam: w ukryciu, w mroku, w ciszy.
On wraca, z
dwoma kubkami, siada daleko ode mnie i też milczy. W ciszy sięga po papierosa.
Kątem oka widzę jak szuka zapalniczki. Mam przynajmniej dwie w kieszeni i
chciałabym móc mu je zaoferować, ale nadal nie mogę się ruszyć, nie potrafię
wypowiedzieć zdania, nie umiem wykonać milczącego gestu. On w końcu rezygnuje i tylko siedzi, z
papierosem między palcami i patrzy w brudne okno. Zmierzcha.
Światło
blaknie i blednie w pokoju, rozmywa się w szarościach i fioletach, nadaje
miękkości meblom i naszym twarzom. I w tej miękkości, w tej szarości i w tym
rozmyciu przechodzi przeze mnie impuls elektryczny: szeroko otwieram oczy i
rozchylam usta, moje nogi same zaczynają się poruszać. Jakby z boku obserwuję
siebie samą jak podchodzę do łysej lampy w rogu pokoju i zapalam światło. W
pomarańczowym, chemicznym blasku odwracam się i tym razem podchodzę do niego i
podaję mu zapalniczkę. Sięgam po kubek z zimną herbatą i siadam przy stole.
Niemal automatycznie podnoszę papierosa i wkładam go do ust.
- Przepraszam – mówię. On wzrusza ramionami
i uśmiecha się słabo. Milczeniem przepraszam za własne milczenie, bezruchem za
wcześniejszy bezruch. Dym wypływa mi przez nos i trochę łzawią mi oczy.
Odchylam głowę do tyłu i ukrywam swoją twarz w cieniu.
- Po prostu czasem tak jest… - zaczynam,
ale on macha dłonią (tą z papierosem – dym układa się w nierówne horyzontalne
linie) i mi przerywa.
- Wiem. Czasem tak jest. Nie tłumacz.
Wszystko jest w porządku – wstaje i wyciąga do mnie dłoń. Przez chwilę patrzę
na jego długie palce poplamione farbami, na poobgryzane paznokcie. Wstaję i pozwalam
mu się przytulić. On udaje, że nie widzi moich łez, ja w końcu znajduję
miejsce, gdzie mogę bezpiecznie ukryć twarz. Słabe światło latarni ulicznych
wpada przez okno do środka i przytula się do naszych grzechów.
-1.
Promienie
słoneczne są ostre i jasne jak szkło. Rozsypują się dookoła nas i z cichym
grzechotem uderzają w chodnik. Stoimy na ulicy i mierzymy się wzrokiem. On
właśnie skończył swoją tyradę, więc unoszę dłoń i zakrywam nią usta. Szeroko
otwieram oczy i lekko zezuję. Głośno wzdycham, oddycham i wydycham –
hiperwentylacja w swoim apogeum. Ludzie patrzą na nas i bardzo po cichu starają
się wyminąć, zejść z drogi, pozostać niezauważonymi. Ich twarze są poważne i
nieruchome i tylko nerwowo tańczące oczy zdradzają, że obserwują, że wchłaniają,
że oceniają. Nie potrafię dłużej być poważna i wybucham śmiechem. On obejmuje
mnie ramieniem i nie patrząc za siebie zaczynamy iść w stronę centrum. Jakiś
mężczyzna puka się w czoło, gdy go mijamy. Puszczam do niego oko, chociaż wiem,
że niczego to nie tłumaczy. To nic. Nikomu nie musimy nic tłumaczyć. Gra dla
dwojga. Sport ekstremalny. Kłótnie na-niby.
Znajdujemy
ławkę w parku. On sadza mnie sobie na kolanach i przez chwilę obserwujemy jak
para naszych oddechów łączy się ze sobą, by powoli zacząć wznosić się do nieba.
Wszystko wygląda dzisiaj tak świeżo: nad miastem rozlewa się wyprany błękit,
spaliny wypluwane przez samochody mają ostre i jasne kontury i nawet
powgniatane śmietniki wydają się czyste i sterylne. Nasze splecione palce
wydają się bardziej blade, a na nadgarstkach elegancko i wyraźnie prześwitują
nasze żyły. Cały świat odkażony, niczym zalany wybielaczem, z powietrzem, które
smakuje zimą i mrozem. Cały świat - cichy, poważny i niemal bezwonny.
Rozchylam usta
i pozwalam temu powietrzu wlać mi się do buzi, przylepić do moich zębów,
napełnić płuca. On jak zwykle marszczy brwi i zaczyna nucić jakąś bliżej
nieokreśloną melodię. Kciukiem obrysowuje moje usta i smutno się uśmiecha.
- Cokolwiek teraz powiem – zniszczy tę
chwilę – z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyciąga paczkę papierosów i podaje mi
jednego – Nawet moje mówienie teraz, że mówienie będzie zaczątkiem destrukcji,
jest destrukcją samą w sobie…
- Czemu?... – zaczynam, ale on ucisza mnie
pocałunkiem w usta.
- Bo przecież wiesz, co pomyślałem, co
chciałem powiedzieć. Dlatego nawet gdybym dalej milczał, przecież i tak byś
wiedziała. I to by chyba było jeszcze gorsze, niż gdybym się odezwał. Bo wtedy
znowu by było tylko to milczenie, a ty byś tylko posmutniała, a ja pewnie bym
tylko się głupio uśmiechał i może trochę za mocno ściskał twoją dłoń… A tak, w
ten sposób, mówię, więc nie ma ciszy, a jednocześnie nie mówię tego, co i tak
oboje wiemy, więc jest trochę lepiej. I ty nadal siedzisz tu ze mną i nie
uciekasz. Więc mówimy o niemówieniu, mówimy didaskalia, mówimy to, co jest
komentarzem do tego wszystkiego, co moglibyśmy powiedzieć. Jesteśmy na bocznym
torze. Na chwilę jesteśmy bezpieczni – palcem wskazującym dotyka czubka mojego
nosa i podnosi wzrok, zagląda mi w oczy. W tęczówkach jego oczu pływa złoto
promieni słonecznych i moje odbicie. W milczeniu głęboko zaciąga się papierosem
i puszcza kilka kółek z dymu – I jeśli rzeczywiście teraz istnieje tylko
didaskalia, didaskalia, które może nie jest prawdziwym życiem, prawdziwym
byciem-w a tylko byciem-obok – to może takie bycie-obok może sprawić, że
przeciągniemy tę chwilę szczęścia i perfekcji, tę chwilę, kiedy ty nie jesteś
smutna i kiedy ja mogę po prostu patrzeć na ciebie i dotykać twojej twarzy albo
ściskać twoje palce – to w tych didaskaliach mogę po prostu obserwować fakty,
mogę stwierdzać oczywistości, mogę na głos opowiadać to, co widzę… Na przykład
to, że jesteś piękna.
Całuję jego
oczy za to, że tak pięknie kłamią. Potem całuję jego usta, za to wszystko, czego
nie powiedziały. Życie przetacza się nad nami wielką falą – jednak nas nie
porywa. Stoimy z boku i opisujemy sobie nawzajem to, co dzieje się dookoła.
Potem idziemy na kawę.
-2.
Budzę się, kiedy jest jeszcze ciemno. Przez chwilę leżę
nieruchomo i słucham jego równego, spokojnego oddechu. Zastanawiam się przez
kilka minut, co mu się śni. Być może w tym śnie jest eugleną i żywi się
światłem promieni słonecznych. Albo, być może, jest aksolotlem – jak w
opowiadaniu Cortazara. I z bezpiecznej odległości, zza szyby akwarium,
obserwuje świat. I jest tym patrzeniem i niczym więcej. Patrzenie jako istota,
warunek i rezultat bycia. Tak też może być.
Rozplatam nasze dłonie i powoli wstaję. W drodze do
łazienki zaglądam do kuchni, gdzie suszą się jego ostatnie obrazy. Ze
wszystkich płócien patrzy na mnie smutno moja własna twarz. Macham do nich
wszystkich z progu, ale nie wchodzę do środka. Na razie nie chcę nikogo
widzieć, z nikim rozmawiać. Pieką mnie oczy i trzęsą mi się ręce. W łazience
zamykam drzwi na klucz i odkręcam kran w wannie. Muszę podkurczyć nogi, żeby
położyć się na jej dnie. Woda podnosi się niespiesznie i zaczyna powoli połykać
moje ciało. Ciepło oblewa mój brzuch i przemywa zadrapania na moich ramionach.
Spokojnie przepływa między moimi włosami i wlewa się do uszu. Nabieram
powietrza do płuc, palcami zatykam nos i zanurzam się pod wodę. Z tej
perspektywy wszystko wydaje się trochę bardziej trójwymiarowe i ma bogatszą
teksturę. Wypuszczam całe powietrze w jednym, krótkim, oszczędnym krzyku. Mój
głos przeobraża się w okrągłą, średniego rozmiaru bańkę, która szybko odnajduje
swoją drogę ku powierzchni. Moje policzki są pod wodą, więc mogę udawać, że nie
płaczę. W bezruchu i na bezdechu, na dnie tej starej wanny, tak jak co dzień,
pozwalam mojemu wnętrzu wyciec na zewnątrz. Kiedy mgła zaczyna zasnuwać mój
wzrok, siadam gwałtownie, rozlewając wodę dookoła i niemal w panice robię
wdech. Dobrze wiem, że mam czerwone oczy i prawdopodobnie brzydko wykrzywiam
usta. To nic. Wyciągam korek z wanny i czekam aż cała woda zniknie w odpływie.
Potem jeszcze długo w niej siedzę i trochę się trzęsę z zimna, ale nie mam siły
wstać. Obserwuję jak moje paznokcie nabierają sinej barwy, takiej jak grudniowe
niebo.
-3.
Łóżko wygląda trochę jak gniazdo, ze swoimi wszystkimi
kocami, poduszkami i wygniecioną kołdrą. Przesuwam się na jego środek i
rozrzucam ramiona. Przez chwilę udaję, że jestem ptakiem. On pochyla się nade
mną i całuje w czoło. Znowu ma na sobie ten smutny uśmiech i zamyślony wzrok.
Przez chwilę myślę, że coś powie, ale on opada z powrotem na poduszki i wraca
do czytania swojej książki. Przekręcam się na bok i podglądam go zza
pomarszczonego prześcieradła. Ciepły szary półcień sprawia, że wygląda jak
święty z ikon. Zmęczony, zmartwiony i zużyty. Szelest przewracanych kartek
papieru przywodzi mi na myśl szept odmawianego różańca. Patrzę na niego, a w
głowie układam zdanie. Nim jednak mam je w pełni przygotowane, on zamyka z
trzaskiem książkę i przysuwa się do mnie. Nasze twarze są zawieszone zaledwie
kilka centymetrów od siebie. Zagląda mi prosto w oczy i przez chwilę żadne z
nas nie mruga.
- Nie – mówi i odgarnia włosy z mojego czoła. Chcę zaprotestować, chyba coś
powiedzieć, ale zamiast tego podnoszę się na łokciach i go całuję. On gryzie
moją dolną wargę a jego palce delikatnie głaszczą tył mojej szyi. I przez jakiś
czas nic nie mówimy i tylko zagrzebujemy się coraz głębiej i głębiej w te
wszystkie koce i poduszki, w prześcieradła i kołdrę.
Jest prawie druga nad ranem, gdy, niczym sowy, opuszczamy
nasze gniazdo. Nastawiam wodę na herbatę, on odpala dla nas dwa papierosy.
Siadam w kucki na krześle przy kuchennym stole, bo nadal jest we mnie więcej z
ptaka niż z człowieka. On przekłada kilka z obrazów i siada naprzeciwko mnie.
Przez chwilę palimy w milczeniu. Po chwili on kręci przecząco głową i znów
mówi:
- Nie.
Ze stołu podnosi blok i zaczyna coś niedbale szkicować.
- Nie – powtarza i kiedy myślę, że już nic więcej nie powie, odkłada blok i
dodaje – Nie, nie byłbym szczęśliwszy.
- Nie wiesz tego – mówię tak cicho, że ledwie siebie samą słyszę – Może
znalazłbyś coś trochę innego, może istniałaby różnica gatunkowa, ale takich
rzeczy jak szczęście nie można porównywać… No bo jak?
- Ale można szczęście stopniować, prawda? Być szczęśliwym, szczęśliwszym i
najbardziej szczęśliwym – znowu podnosi ołówek i wraca do swojego rysunku. Ja
odpalam kolejnego papierosa i odwracam wzrok do ciemnego okna, w którym
poruszają się nasze ciemne rozmazane odbicia.
- Czasami próbuję wyobrazić sobie jakby było gdyby… - tu zawiesza głos i
wykonuje nieokreślony gest w moją stronę - … Ale zawsze wtedy muszę sobie zadać
pytanie, czy byłabyś po prostu inną wersją samej siebie, czy może jednak
byłabyś kimś zupełnie innym?... I może ja też byłbym inny?... – Wzruszam
ramionami i pukam się w czoło. On odkłada ołówek i bierze do ręki węgiel -
Oczywiście są momenty, kiedy wydaje mi się, że byłoby wspaniale, że tyle rzeczy
stałoby się lepszymi, że jakiś ciężar, to odium smutku i lęku, zostałby
podniesiony z naszego życia. Jednak, co jeśli ten aspekt jest tym, co nie jest
tylko dodatkiem, a jednym z warunków istnienia mnie, ciebie, nas? Wiem, wiem,
brzmi trochę strasznie. Ale przecież nie twierdzę, że to coś, co nas definiuje.
Może jednak być składową, prawda? A może po prostu jesteśmy najlepszym możliwym
rozwiązaniem dla siebie nawzajem?
- Ja dla ciebie czy ty dla mnie?
- I ja dla ciebie i ty dla mnie, kochanie. Pozwól, że zadam ci pytanie –
czy jesteś ze mną szczęśliwa? Albo nawet – czy byłabyś szczęśliwsza beze mnie?
- Jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której byłabym szczęśliwsza –
zaczynam powoli. On uśmiecha się smutno, ale pozwala mi mówić dalej – Byłabym
szczęśliwsza wiedząc, że ty jesteś szczęśliwszy…
- Kocie, to się nazywa miłość! – On prostuje się na krześle i podaje mi
blok - Quod erat demonstrandum.
Spuszczam wzrok na jego rysunek. Z kartki patrzy na mnie moja własna twarz.
Nie umiem zdecydować, czy to ona płacze, czy może jednak to ja.
-4.
Kolejny ciemny poranek. Siadam na łóżku zupełnie
przytomna, mój wzrok stopniowo przyzwyczaja się do panującego półmroku. Wstaję
i staram się bardzo cicho wyjść z pokoju, o nic się nie potknąć, nie narobić
hałasu, nie obudzić go. W łazience natychmiast odkręcam wodę, po czym staję
przed lustrem. W trakcie, gdy wypełnia się wanna, ja długo patrzę sobie sama w
oczy. Brzydko się krzywię i szeptem
obrzucam najgorszymi wyzwiskami. Skóra na ramionach zaczyna mnie palić i zaczynam
się drapać. Przez chwilę są tylko twarde krawędzie moich paznokci i warstwa
martwej tkanki pod nimi.
Zakręcam wodę i
wchodzę do wanny. Moja skóra nabiera barwy szkarłatu, gdy woda parzy moje
stopy, moje uda, mój brzuch i moje ramiona. Syczę z bólu i muszę zagryźć wargi,
żeby nie krzyknąć. Dolewam trochę zimnej wody, temperatura spada. Nabieram
powietrza do płuc, zatykam nos i kładę się na dnie. Luźne pasma włosów unoszą
się dookoła mnie jak ciemny dym. Otwieram usta do krzyku i dokładnie w tym
samym momencie czuję czyjeś palce zaciskające się na moim ramieniu, ktoś mnie
wyciąga na powierzchnie, a mój krzyk, już nie spod wody, ale wolny i
nieograniczony żadnymi barierami, odbija się od wykafelkowanych ścian. On mnie
mocno obejmuje i przeciera dłonią moją twarz. Chcę go odepchnąć, chce żeby
wyszedł, żeby się odwrócił i mnie zostawił w spokoju. Nie mam jednak na to
siły, więc tylko zaciskam powieki i zastygam w bezruchu. Woda, która ścieka z
moich włosów miesza się z moimi łzami: ścieka mi po szyi i kapie z brody. To
nic, tak też może być.
- Nie – on przerywa wszechobecną ciszę – Nie – powtarza i lekko mną
potrząsa. Unoszę głowę i patrzę mu prosto w oczy. Jestem taka zła, jestem taka
wściekła. Chcę mu to powiedzieć, ale on jest szybszy. Nabiera głęboki wdech i
zupełnie niespodziewanie zaczyna krzyczeć. Wydobywa z siebie nieartykułowane
dźwięki, które szybko wypełniają całe pomieszczenie, odbijają się od ścian i
wprawiają w drżenie membranę wody, w której siedzę. Cały czas nie spuszcza ze
mnie wzroku. Trwa to może tylko minutę, potem zapada cisza, która dzwoni nam w
uszach. Wstaję a on owija mnie ręcznikiem i zanosi z powrotem do łóżka.
- Nigdy nie miałeś tego widzieć – mówię powoli i jak zwykle za cicho – To
należy tylko do mnie.
- Wiem.
- Nie naprawisz mnie – sięgam po papierosa i go zapalam. Trzęsą mi się
ręce.
- Wiem – on odlepia mokre włosy z mojej twarzy.
- Nie wiesz. Jakbyś wiedział nigdy byś tam nie wszedł – odsuwam się do tyłu
i patrzę na niego wyzywająco. Dym tka między nami siną pajęczynę.
- Wiem. Zawsze też wiedziałem o tych porankach. Twój krzyk jest już stałym
elementem mojego dnia – uśmiecha się smutno.
- Jak?... – Zaczynam, ale nie kończę. No tak. Jakoś nigdy nie przyszło mi
to do głowy. Część złości zwracam teraz przeciwko samej sobie. Głupia, głupia,
głupia…
- Nie rozumiesz. Nie chcę żebyś się zmieniała. Po prostu bądź…
- To jest czasem najtrudniejsze…
- Wiem – mówi po raz kolejny. Obejmuje mnie ramieniem i opadamy na
poduszki. On sięga po jedną z książek i otwiera gdzieś po środku. Zaczyna ją
czytać na głos. Gdy tak leżymy przez chwilę zastanawiam się czy spytać go
jeszcze raz czemu akurat dzisiaj rano wszedł do łazienki? I czemu krzyczał? Ale
przecież ja też dobrze wiem. Więc tylko mocniej się do niego przytulam i może
zaczynam płakać. On nie przerywa czytania. Przez okno wpadają do pokoju
pierwsze promienie słoneczne. Rozsypują się po dywanie i mienią złotem w
naszych oczach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz